Futbol i nie tylko okiem nastolatka z Częstochowy
Kategorie: Wszystkie | T - Mobile Ekstraklasa
RSS
wtorek, 08 stycznia 2019
"Open" - historia mistrza, który nienawidził tenisa

Zanim sięgnąłem po autobiografię Andre Agassiego - „Open”, słyszałem o niej wiele ciepłych słów. Zabrałem się więc do czytania z niezwykłym entuzjazmem i choć nie należę do zapalonych fanów tenisa ziemnego, liczyłem na kawał ciekawej historii. Nie zawiodłem się, a opowieść jednego z najwybitniejszych tenisistów w dziejach przeszła moje najśmielsze oczekiwania.

 

Agassi jest ośmiokrotnym triumfatorem turniejów wielkoszlemowych, przez długi czas przewodził także w rankingu ATP, a do całego zestawu sukcesów należy dopisać również olimpijskie złoto przywiezione z Atlanty w 1996 roku. Jego wspaniałe pojedynki z Petem Samprasem elektryzowały cały świat. Wydawać by się mogło, że mówimy o kolejnym chłopcu, który przez wytrwałość, upór i miłość do sportu, spełniał kolejne swoje marzenia.

 

Jednak paradoks związany z życiem Agassiego polega na tym, że tak naprawdę…Andre nienawidzi tenisa. W „Open” amerykański sportowiec opowiada o swoim dzieciństwie, które niemal w całości poświęcił na spełnianiu chorych ambicji swojego ojca - zapalonego miłośnika tenisa, który owładnięty był obsesją na punkcie poprowadzenia swojego syna do tenisowej kariery. Szkolił go od najmłodszych lat, trenował z nim rano i wieczorem, nie pytając syna o zdanie. Krzyczał, wymagał i stale mobilizował. Zdanie małego Andre nie miało najmniejszego znaczenia.

 

Agassi był człowiekiem, który w wielu momentach swojego życia nie radził sobie najlepiej. W książce opisuje chwile, kiedy jego stan psychiczny sięgał dna, więc on sam odważył się sięgnąć po amfetaminę, która na początku przynosiła ulgę. Jednak nie sposób go nie podziwiać, wszak wrócił na szczyt w najlepszym możliwym stylu.

 

„Open” to książka, w której Agassi opowiada całe swoje życie. Bunt w akademii Nicka Balloteriego, sukcesy, porażki, ekscesy miłosne. Od wielu innych sportowych biografii różni się jednak tym, że autor całkowicie otwiera się przed czytelnikiem. Opowiada o wszystkich swoich emocjach i odczuciach dotyczących danych sytuacji życiowych. Nie boi się mówić o depresji i fakcie, że przez długi czas leciał nieustannie w dół. Wnika w głąb siebie, pokazując nam każdą swoją emocję.

 

Gdy Agassi pierwszy raz pojawił się na US Open, widownia zażarcie kibicowała jego przeciwnikom. Wytykano mu każde potknięcie, a słowa, które padły z jego ust w reklamie Nike’a („wizerunek to wszystko”) przykleiły się do niego na długie lata. Jednak gdy Agassi zbliżał się do swojego tenisowego kresu, w powietrzu dało się odczuć, że odchodzi ktoś wielki. Jego nazwisko skandowano na każdym korcie. Odchodził nie tylko artysta tenisa, ale także wspaniały człowiek.

 

Gdybym miał go oceniać, przyznałbym mu dziesięć punktów. I na identyczną punktację zasługuje jego wspaniała biografia. „Open” to jedna z tych pozycji, które czyta się z zapartym tchem. Jest to nie tylko przejmująca historia wybitnego człowieka, ale także dzieło przez duże „D” pod kątem literackim. Serdecznie polecam.

21:25, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2018
Quo Vadis, Napoli?

 Tego lata pieczę nad zespołem Napoli zaczął sprawować Carlo Ancelotti. Większość kibiców nie miała wątpliwości co do słuszności wyboru Aurelio de Laurentisa. W końcu trudno było wskazać kandydata, który do misji zdetronizowania Juventusu mógłby nadawać się bardziej niż trzykrotny triumfator Ligi Mistrzów. Tymczasem na półmetku rozgrywek piłkarze z San Paolo tracą do Bianconerich już 8 punktów, odpadli z Ligi Mistrzów, a prezentowany przez nich styl gry pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Wróćmy się jednak na chwilę do poprzednich kampanii w wykonaniu Napoli. Banda Maurizio Sarriego grała najbardziej efektowny futbol we Włoszech. Kolejne klepki i dryblingi mikrusów w niebieskich trykotach zachwycały nawet największych piłkarskich agnostyków. Brakowało tylko dwóch elementów: mistrzostwa i lepszej postawy w rozgrywkach międzynarodowych. Po przyjściu Ancelottiego można było spodziewać się zmiany stylu gry na nieco mniej finezyjny, ale zarazem liczono na większą efektywność i zaszczepienie w zawodnikach namiastki mentalności, jaką prezentują rywale z Turynu. Mentalności zwycięzców.

 

Odpadnięcie z rozgrywek Ligi Mistrzów można usprawiedliwić niezwykle trudną i wymagającą grupą. Zarówno Liverpool, jak i Paris Saint Germain, zaliczają się do wąskiego grona głównych faworytów całych rozgrywek. Jednak postawa zespołu w Serie A sprawia, że kibice z San Paolo z pewnością zaczynają się zastanawiać, czy to wszystko idzie w odpowiednim kierunku.

 

Juventus odjechał na odległość, która przy obecnej formie Napoli, uprawnia kibiców ze stolicy Piemontu do przygotowywania szampanów na przedwczesne świętowanie Scudetto. Status Quo w stosunku do minionych kampanii zostaje zachowany, ale od patrzenia na grę zespołu kierowanego przez "Carletto", mogą rozboleć zęby.

 

Na początku rozgrywek Ancelotti dokonał małej rewolucji taktycznej i przeszedł na system 4-4-2, opierając atak na duecie Insigne - Mertens. I o ile początek sezonu w wykonaniu dwójki filigranowych napastników były całkiem obiecujący, o tyle obecnie pielęgnują oni passę 51 dni bez strzelonego gola. I właśnie brak odpowiedniej dyspozycji kluczowych dla gry zespołu zawodników najgorzej świadczy o pracy nowego szkoleniowca. Mertens, Insigne i Callejon to piłkarze, którzy pod przywództwem Sarriego potrafili wręcz bawić się z niemal każdą defensywą na Półwyspie Apenińskim. Teraz się męczą, szukając okazji, pozycji na boisku i formy z zeszłego sezonu. Od miesiąca kompletnie zawodzą.

 

Odnoszę wrażenie, że do piłkarzy Napoli znacznie bardziej pasuje ustawienie 4-3-3. Zieliński męczy się na boku pomocy, a nowy nabytek, Fabian Ruiz chyba również nieco lepiej odnalazłby się w centralnej strefie. Z kolei Insigne jest piłkarzem najlepiej czującym się w dynamicznych zejściach do środka z lewej strony. Zawodnikom z Neapolu długimi fragmentami brakuje pomysłu na grę z minionego sezonu, większej wymienności pozycji, błyskotliwości, którą jeszcze niedawno czarowali. Owszem, zdarzają się momenty nieco bardziej efektownej postawy, jednak są to tylko iskierki z ognia, który płonął na San Paolo za kadencji Sarriego.

 

We wczorajszym spotkaniu ze Spal nietrudno było zauważyć również problem mentalny siedzący w głowach piłkarzy. Podopieczni Ancelottiego, przy wyniku 1:0, zredukowali bieg na dwójkę i w końcowej fazie spotkania kompletnie odpuścili. Grali w sposób zupełnie nieprzystający do zaledwie jednobramkowego prowadzenia, snując się po boisku. W pasywnej postawie przodował Piotr Zieliński, który mając w perspektywie hitowe starcie z Interem i niepewną przyszłość w podstawowej jedenastce, postanowił się nie przemęczać. Rozgrywał niezłe 70 minut, po czym zaczął chować się za rywalami, podawać jedynie do najbliższego i kompletnie odłączył się od gry. Tempo spotkania nie przyprawiało kibiców o zawroty głowy, więc argument o zmęczeniu można włożyć między bajki. Całe to przedstawienie omal nie skończyło się wyrównującym golem dla przyjezdnych, przed którym dwukrotnie neapolitańczyków ratował Alex Meret. W doliczonym czasie gry.

 

W poprzedniej kolejce zwycięstwo z Cagliari w ostatnich minutach uratował Arkadiusz Milik. Chwilę wcześniej, z Atalantą, było podobnie. Napoli więc wygrywa, lecz są to triumfy wyjątkowo...niechlujne. Momentami odnoszę wręcz wrażenie, jakby podopiecznym Ancelottiego brakowało motywacji.

 

I śmiem zaryzykować twierdzenie, że to może być główny problem wicemistrza Włoch. Ligi Mistrzów już nie ma, a cel - choć dalej jasny i klarowny - odjeżdża coraz dalej. Z kolei trzeci w tabeli Inter traci do Napoli aż osiem punktów.

 

Z perspektywy piłkarzy patrząc, jest bezpiecznie i wygodnie. Tylko postępu brak...

16:02, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2018
Tydzień moim okiem (7)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Adam Nawałka zadebiutował jako szkoleniowiec poznańskiego Lecha. Jako, że należę do grona licznych sympatyków byłego selekcjonera, z bólem serca odpuściłem derby Liverpoolu, by zobaczyć pierwsze efekty jego pracy przy Bułgarskiej.

 

Szybko jednak doszedłem do wniosku, że była to jedna z gorszych i najbardziej absurdalnych decyzji w moim życiu. Lech wydawał się być jeszcze bardziej powolny, ociężały i mniej pomysłowy niż w ostatnich tygodniach. Oprócz atutów czysto piłkarskich, podopiecznym Nawałki kompletnie brakowało szybkości i świeżości, co może być pokłosiem zwiększenia obciążeń treningowych bądź oznaką kompletnego braku ambicji. W ich postawie najbardziej irytuje chyba brak sportowej złości, pozytywnego wkurzenia. Nietrudno odnieść wrażenie, że pokutuje wśród nich podejście w stylu: „Przegrywamy? To trudno, ważne, że pensja wpadnie, a winą i tak znowu zostanie obarczony trener”. I dlatego wydaje mi się, że najtrudniejszym zadaniem dla nowego szkoleniowca będzie wprowadzenie zmian w głowach swoich piłkarzy.

 

Legendarny trener częstochowskiego Rakowa, śp. Zbigniew Dobosz, pod którego okiem miałem przyjemność trenować, mawiał, że głowa w piłce, odpowiednia mentalność, to 70 procent sukcesu. I może właśnie dlatego w Poznaniu, od dłuższego czasu najczęściej przez wszystkie przypadki odmienia się słowo „porażka”.

 

***

 

Teraz kilka słów o nieco większej piłce. Bayern Monachium, dla odmiany, zanotował po jednym zwycięstwie w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Jednak miniony tydzień wcale nie zwiastuje lepszych czasów dla Bawarczyków. O ile w spotkaniu z Benficą potrafili zdominować rywala totalnie i wykorzystywać jego kolejne błędy, o tyle w sobotnim starciu z Werderem równie dobrze mogli polec.

 

Szczególnie „wyróżnił” się Jerome Boateng, którego przy okazji pierwszego gola dla Bremeńczyków, zdołał przeskoczyć mierzący 182 cm wzrostu, Osako. Jednak wspomniany błąd defensora reprezentacji Niemiec, jest tylko kroplą w morzu pomyłek, które notorycznie popełnia. Trudno zrozumieć, co takiego stało się z tym piłkarzem tego lata, że z jednego z najlepszych środkowych obrońców świata zamienił się w tykającą bombę.

 

Neuer również nie może pozbierać się po kontuzji i macza błędy w kolejnych golach dla rywali. I choć ofensywa Bayernu miewa przebłyski, o tyle gra w destrukcji przyprawia z pewnością Kovaca o niesamowity ból głowy.

 

A jak już rozmawiamy o ekipie z Monachium, nie wypada nie wspomnieć o naszej naczelnej strzelbie. I w przypadku Lewandowskiego narzuca mi się taka myśl, że choć w obecnej kampanii strzelił całkiem sporo goli, to jak na jego standardy jest niezwykle nieregularny. Marnuje okazje. W tych najtrudniejszych momentach, kiedy trzeba dźwignąć zespół z kryzysu, zawodzi. I tak w meczu z Benficą trafił dwa razy, by w weekendowym starciu z Werderem zmarnować dwie sytuacje sam na sam – z czego tą drugą w stylu zupełnie do napastnika tej klasy nieprzystającym. To martwi i nurtuje, wszak mamy już początek grudnia, cała jesień jest w przypadku Roberta nieco słabsza niż poprzednie rundy. Jednak wydaje mi się, że potrzebuje serii dwóch, trzech meczów z golem, by przełamać się na dobre.

 

***

 

Za nami losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. Myślę, że Jerzemu Brzęczkowi i jego podopiecznym trafiła się cholernie niewdzięczna grupa. Bo z jednej strony opinia publiczna przekonana jest, że każde miejsce oprócz pierwszego powinniśmy traktować jako porażkę. Jednak patrząc z innej perspektywy, Austria jest zespołem niezwykle solidnym, złożonym w głównej mierze z regularnie grających w Bundeslidze ciekawych grajków. Wyjazdy do Izraela czy Macedonii też nie wydają się przyjemne, a naszych przygód ze Słowenią w eliminacjach mundialu 2010 chyba nie trzeba nikomu przypominać. Jeśli awansujemy bez większych problemów, wszyscy będą trąbić o spełnionym obowiązku, pokonaniu słabych przeciwników i weryfikacji na Euro. Jeśli zawiedziemy, Brzęczek stanie się obiektem drwin.

 

Tymczasem nasi piłkarze nie grają w klubach. Selekcjoner nie ma wyrazistej koncepcji, a w jego ruchach brakuje logiki. Na domiar złego, oliwy do ognia dolewa prezes Boniek, twierdząc, że dla graczy niegrających regularnie nie ma miejsca w reprezentacji, niejako uderzając w Brzęczka i dyktując mu swoje warunki odnośnie składu kadry. Oprócz tego, pierwsze spotkanie gramy na wyjeździe z Austrią. W przypadku porażki w meczu inauguracyjnym, presja od razu wzrośnie do rozmiarów wręcz niebotycznych.

22:56, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 listopada 2018
Tydzień moim okiem (6)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

 

Na początek reprezentacja Czesława Michniewicza, bo to jej należy się laur pierwszeństwa w każdym artykule podsumowującym miniony tydzień. W pierwszym meczu z Portugalią przegrali, pozostawiając jednak po sobie niezłe wrażenie. We wtorek, jak pewnie doskonale wiecie, niespodziewanie rozprawili się z Felixem, Fernandesem i spółką, zapewniając sobie awans na przyszłoroczne Euro U-21. To już jednak nie czas i nie pora, by analizować spotkanie biało – czerwonych, wszak na ten temat powiedziane zostało już chyba wszystko.

 

Chciałbym się jednak odnieść do losowania. Portugalia, Włochy, Belgia. Cholernie trudna przeprawa. Mimo tego jestem zdania, że trafiliśmy świetnie. Z reprezentacji została zdjęta presja, w końcu nikt o zdrowych zmysłach nie będzie od niej oczekiwał wyjścia z grupy. Kolejny pozytywny aspekt to fakt, iż drużyna Michniewicza lubi grać z silnymi zespołami, często prezentującymi znacznie wyższą kulturę gry. Pokazały to mecze z Danią w eliminacjach, uwydatniły także baraże z Portugalią. Lubimy grać z kontry, w szybkim ataku, a mecze z wylosowanymi tuzami europejskiej piłki reprezentacyjnej będą najlepszą okazją do skorzystania ze swoich atutów. Jeśli przegramy sromotnie i odpadniemy w fatalnym stylu, będziemy mogli chociaż podziwiać polot i wyszkolenie techniczne naszych rywali. To lepsze niż porażki ze Słowacją.

 

***

 

Na fali zachwytu nad Krzysztofem Piątkiem, a także obecnością w podstawowym składzie Bartosza Bereszyńskiego, odpaliłem wczoraj derby Genui. To było jedno z tych spotkań, po których kibic doświadcza ogromnego poczucia niedosytu, wszak piłkarze obu drużyn zaprezentowali widowisko doprawdy imponujące, grając na niezwykłej intensywności.

 

Bartosz Bereszyński był w defensywnie bardzo pewny, mimo iż Lazović okazał się nie lada wyzwaniem. Był to jednak przede wszystkim mecz Krzysztofa Piątka, który przerwał kilkumeczową, strzelecką niemoc. Najpierw sam wywalczył rzut karny, a chwilę później zamienił go na bramkę. Reprezentant Polski od pierwszej minuty wyglądał, jakby przed meczem podwójne espresso popijał Red Bullem. Biegał za dwóch, szarpał, walczył. Jednak mi nie tyle imponowała jego fizyczność, o której wszyscy doskonale wiedzieliśmy. Piątek zaskakuje przede wszystkim świetnym zachowaniem z piłką przy nodze. Nie boi się wejść w pojedynek jeden na jeden, cofa się po futbolówkę, rozrzucając ją na skrzydła. Choć przeciwny jestem nadmiernemu – jak to się mówi – hajpowaniu jego kolejnych osiągnięć (jest dopiero na początku drogi), to uważam, że rośnie nam kawał napastnika. Zawodnik, który po kilku miesiącach w Serie A już wygląda tak, jak przykładowy Dawid Kownacki nigdy się nie prezentował. Ma wszystko, by w przyszłości stać się „dziewiątka” na europejskim poziomie. Fizyczność, umiejętności i – przynajmniej na razie – odpowiednią mentalność do osiągania rzeczy wielkich.

 

A co do „Kownasia”, to niestety znów nie powąchał murawy. Musi pomyśleć o wypożyczeniu, bo inaczej po niezłej, pierwszej kampanii w Sampdorii, zacznie cofać się w rozwoju.

 

***

 

Podsumowując minione siedem dni nie sposób nie wspomnieć o zatrudnieniu Adama Nawałki przez poznańskiego Lecha. Wydaje mi się, że były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji to najlepsze, co mogło spotkać zespół z Bułgarskiej.

 

Zewsząd pojawiają się głosy, że przecież Nawałka jako trener klubowy nie ma zbyt wielkich osiągnięć, a gdy Zbigniew Boniek zatrudniał go w reprezentacji większość opinii publicznej pukała się w czoło. Poza tym, powiecie, że przecież czym innym jest operowanie Lewandowskim i Glikiem, a czym innym Gytkjearem czy Rogne. Pełna zgoda. Jednak uważam, że etos pracy, warsztat, profesjonalizm, absurdalna wręcz detaliczność w kwestiach nawet najbardziej błahych, poparte latami spędzonymi z reprezentacją, sprawiają, że mówimy o najlepszym polskim trenerze. Autorytet na starcie ma gwarantowany. Poza tym mówi się o dużej autonomii, jaką ma dostać Nawałka w prowadzeniu zespołu, transferach, a to informacja wręcz wspaniała, biorąc pod uwagę jaki bałagan panował ostatnio w Poznaniu.

 

I jestem przekonany, że były selekcjoner jest jednym z nielicznych, który ma szansę szybko przywrócić odpowiedni ład.

 

19:29, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2018
Subiektywnie o minionym tygodniu (5)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Zacznę od młodzieżówki, zespołu Czesława Michniewicza, który w pierwszym starciu barażowym okazał się słabszy od rówieśników z Portugalii. Przybysze z Półwyspu Iberyjskiego technicznie przerastali biało – czerwonych o klasę (co dziwić nie mogło ani trochę). Jednak mnie nieco zbudował fakt, że choć rywale prezentowali futbol znacznie ciekawszy, to nie ograniczaliśmy się jedynie do kontrataków. Portugalczycy oddali nam piłkę, ale nie męczyliśmy się z nią aż tak bardzo jak w zremisowanym starciu z Danią. Co nie zmienia faktu, że bardzo spodobało mi się stwierdzenie Zbigniewa Bońka w „Stanie Futbolu”, który mówił, że lepsze drużyny posiadając piłkę, potrafią przegrywać sobie ją od lewej do prawej, szukając przy tym luki, zdobywając przestrzeń. U nas z kolei najczęściej wygląda to tak, że rozgrywając futbolówkę cofamy się się coraz bardziej, podajemy ją między sobą bez inwencji i często nasz atak pozycyjny kończy się oddaniem piłki do bramkarza, który wybija „lagę w przód”.

Podobał mi się Krystian Bielik. Widać po tym chłopaku, że oprócz niezłej „gadki”, pewności siebie i nuty arogancji w wypowiedziach pozaboiskowych, posiada duży potencjał. Piłkę wyprowadza świetnie, choć niezwykle ryzykowanie (nie przemierzając, można by rzec, że robi to w podobnym stylu do Lucio). Może się podobać jego gra w powietrzu, umie zagrać na wyprzedzenie, nieźle czyta grę. Wydaje mi się, że Bielik posiada zestaw cech, który przy harmonijnym rozwoju i końskim zdrowiu, może zaprowadzić go niezwykle wysoko. Warto dodać, iż podstawowym partnerem Wieteski w kadrze U-21 jest Paweł Bochniewicz, który wypadł z powodu choroby. Jednak gdy przypomnimy sobie ociężałość i niepewność zawodnika Górnika Zabrze w meczu z Danią, wydaje się, że wejście Bielika do podstawowej jedenastki było najlepszym, co mogło spotkać kadrę Michniewicza

 

Kilka linijek chciałbym poświęcić także Dawidowi Kownackiemu. Na tle portugalskich defensorów wyglądał niezwykle blado. Przegrywał pojedynek za pojedynkiem, nie potrafił utrzymać piłki. Daleki jest od optymalnej formy, w klubie gra coraz mniej, a skalę regresu, jaki dotknął Kownasia chyba najlepiej oddaje fakt, że przecież jeszcze przed chwilą ten sam zawodnik wychodził w podstawowym składzie reprezentacji Polski na mecz z Kolumbią, na przestrzeni całego sezonu w Serie A strzelając sześć goli. Obecnie mamy końcówkę listopada, a były zawodnik Lecha wciąż jest bez trafienia, w podstawowej jedenastce Marco Giampaolego nie wyszedł ani razu, a i w U-21 trafiać zaczął głównie z rzutów karnych.

A, jeszcze jedno. Joao Felix to będzie absolutny koazk.

***

Przegraliśmy sparing z Czechami. I co tu dużo mówić, gramy podobnie jak na poprzednim zgrupowaniu, nie widać w tym wszystkim grama postępu tudzież stabilizacji. Oczywiście Brzęczek i kadrowicze tuż po spotkaniu przyjęli zupełnie inna narrację, mówiąc o fragmentach dobrej gry, znacznym postępie w ich postawie, a także o braku szczęścia. Niestety, mówienie o pechu zupełnie nie pokrywa się z rzeczywistością, bo o ile mieliśmy okazje, by wyrównać, o tyle nasi południowi sąsiedzi również kreowali kolejne okazje.

Nie uważam, by listopad czy grudzień, okres tuż przed startem eliminacji, był dobrym momentem na gruntowną ocenę i ewentualne zwolnienie Jerzego Brzęczka. Były kapitan reprezentacji olimpijskiej miał drużynę zaledwie na trzech zgrupowaniach, nie rozgrywając przy tym meczów o taką stawkę, jaką mają eliminacje Mistrzostw Świata. Chyba powinniście zgodzić się ze stwierdzeniem, że choć Adam Nawałka nie zostawił po sobie spalonej ziemi, to kadra potrzebowała i nadal wymaga pewnej przebudowy tudzież niewielkiej ewolucji. Jednak z drugiej strony patrząc, trudno w ruchach selekcjonera dostrzec jakąkolwiek logikę. Szansę mieli dostawać gracze występujący w swoich klubach? Jednak nie, defensywę budujemy na rezerwowych Kamińskim, Bednarku, a chwilę wcześniej także Recy, ze skrzydła straszy z kolei Kuba Błaszczykowski (w klubie nie zagrał nawet minuty!), który kompletnie zatracił zwrotność i umiejętność dryblingu. Selekcjoner otwarcie mówi, że Thiago Cionek nie pasuje mu do koncepcji? Pyk, następne zgrupowanie, zawodnik Spal powołany.

Nie twierdzę, iż powoływanie Thiago to zły pomysł. Wręcz przeciwnie, wobec mizerii w naszej defensywie ktoś, kto w macierzystym klubie potrafi upilnować napastników pokroju Higuiana zasługuje, by dostać szansę w reprezentacji. Chodzi o co innego. O konsekwencję, autorski pomysł Brzęczka na tę drużynę, jakąkolwiek wizję. Zmieniamy ustawienia, zmieniamy kolejnych zawodników, zmieniamy pomysł na grę. Zaczynam się zastanawiać, czy Brzęczek na pewno wie, co robi. Patrząc na jego doświadczenie w roli trenera i listę sukcesów, chyba nie byłoby nadużyciem stwierdzenie, że prędko może spaść z wysokiego konia. Niestety, na jego obecne możliwości, zdecydowanie zbyt wysokiego.

Chociaż chciałbym się mylić…

***

W niedzielne popołudnie obejrzałem sobie Anglię z Chorwacją. Meczyk fajny, ciekawy, choć teoretycznie długimi fragmentami toczony pod dyktando „Lwów Albionu”. Chorwaci jednak świetnie się odgrywali, umiejętnie kontrując rywali.

Przywołuję jednak to spotkanie, bo chciałbym napisać parę słów o Marcusie Rashfordzie. Cholera, ten chłopak po raz kolejny pokazuje, jak niesamowity potencjał w nim drzemie. Brakuje mu regularności, efektywności, ale odnoszę wrażenie, że jak odpali na dobre, to będzie nie do powstrzymania dla wielu obrońców na angielskich boiskach. Ma niesamowity gaz z piłką i umiejętność mijania kolejnych rywali. Uwielbiam takich piłkarzy i boli mnie tylko fakt, że w Manchesterze, jeśli Jose Mourinho dalej będzie pełnił funkcję pierwszego trenera, przestanie się rozwijać. United grają siermiężnie, z zespołami na ich poziomie niezwykle defensywnie i prosto. Choć lubiłem „The Special One”, to chyba wielu przyzna, że coraz częściej przypomina klauna, a jego pomysły zatraciły magię. Myślę, że Marcus zdecydowanie lepiej rozwinąłby się w ekipie prezentującej futbol znacznie ciekawszy i bardziej ofensywny. Potencjał ma na niesamowitym poziomie.

 

 

21:05, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74
W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez tej - nie oszukujmy się - najpiękniejszej dyscypliny sportowej. Trenuje w Rakowie Częstochowa, oprócz pisania na blogu, publikuję również na PubSport.pl