Futbol i nie tylko okiem dwunastolatka
RSS
wtorek, 15 maja 2012
Czy z tej mąki będzie chleb?

 Jutro koniec  Mistrzostw Europy do lat 17 rozgrywanych w Słowenii. Polacy, po latach nieobecności na tym turnieju, szczęśliwie się do imprezy zakwalifikowali. Do domów ze Słowenii wrócili z niedosytem - owszem, ale i z medalem. Jakby nie patrzeć medal młodzieżowych Mistrzostw Europy w polskiej piłce normą nie jest, a raczej wyjątkiem, więc postanowiłem parę akapitów podopiecznym Marcina Dorny poświęcić. Zasłużyli.

Grą od pierwszego meczu Polacy nie powalali. Niestety. Pierwsze spotkanie, wygrane, z Belgią, było chyba najlepszym spośród wszystkich występów naszych Orłów na tym turnieju. Ale w tym spotkaniu też mi czegoś brakowało. Brakowało mi tego przetrzymania piłki, pogrania ją. Polacy, to się tyczy każdego spotkania, za szybko chcieli się przedostać pod bramkę rywala. Czasami naprawdę dobrze jest pograć piłą, porozgrywać ją, rywali zmęczyć. Jak już Polacy zaczynali grać piłką to na bardzo małej przestrzeni, po jednej stronie boiska, nie było osoby, która przeniesie ciężar gry na drugą stronę. Bardzo fajnie na tych mistrzostwach wychodziło to reprezentacji Niemiec. Prezentowali oni futbol bardzo dojrzały, można powiedzieć, seniorski. Grali spokojnie. Piłkę rozgrywali starannie, dokładnie, zmieniali strony, przebieg meczu potrafili kontrolować. Jutro grają finał z Holandią i myślę, że to oni zwyciężą. Przentują chyba najwyższy poziom spośród wszystkich drużyn w tym roczniku w Europie.

Minusem był u naszych zawodników również brak szybkości. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale wielu naszych zawodników wydawało się wolniejszych od swoich rówieśników np. ze Słowenii. Wielu z nich było całkiem niezłych technicznie, ale brakowało im  gazu, przyspieszenia, dynamiki.  Ale myślę, że z wiekiem to przyjdzie. Oczywiście nie tyczy się to każdego naszego piłkarza.

Jak powiedziałem o minusach to na pewno należy wspomnieć też o jakichś plusach. Na pewno zaliczała się do nich waleczność. Polacy walczyli w każdym ze spotkań bardzo ambitnie. Ofiarnie. Nie było dla nich straconych piłek. Biegali dużo, dawali z siebie wszystko. Po prostu im się bardzo chciało, w powodzenie swoich marzeń i ambicji wierzyli, walczyli o to z całych sił. I o mały włos nie wywalczyli wielkiego finału.

Bardzo chwalony przed turniejem był środkowy obrońca reprezentacji Polski, nazywany nawet bardzo odważnie "polskim John'em Terry’m". Mowa o Gracjanie Horoszkiewiczu, obecnie grającym w młodzieżówce berlińskiej Herthy. Rzeczywiście jest dobry, w pierwszym meczu zaimponował mi swoimi długimi zagraniami w kierunku napastników, bardzo dokładnymi. Całkiem nieźle się  ustawia, jest niezły technicznie. 

Ale ja pragnę zwrócić uwagę też na drugiego stopera, Łasickiego z Zagłębia Lubin. Poziomem od kolegi grającego w Niemczech specjalnie nie odstawał. Więcej, imponował  swoimi ofensywnymi wejściami w meczu z Niemcami. Owszem, obu naszym środkowym defensorom zdarzały się tam jakieś niedokładności, błędy w ustawieniu, nawet poważniejsze klopsy, ale generalnie widać, że i Łasicki i Horoszkiwicz naprawdę mają spory talent i perspektywy na zrobienie dużych karier.

Warto również zwrócić uwagę na grę Karola Linettego z Lecha Poznań. Jako defensywny pomocnik spisywał się bardzo dobrze, piłkę skutecznie potrafił odebrać, potrafił bardzo ładnie podłączyć się do akcji ofensywnej. Najbardziej zapamiętałem tę z meczu z gospodarzem turnieju, Słowenią. Po wymianie piłek z polskim napastnikiem wpadł na pełnej szybkości, ale zarazem kontrolując futbolówkę, w pole karne, wyszedł sam na sam. Jego strzał bramkarz kapitalnie obronił, sparował na rzut rożny, ale akcja i wejście na pełnej szybkości naprawdę było efektowne i godne uwagi. Pokazał nam Lechita również to, że nieobce mu są bardzo dobre strzały z dystansu. Kilka razy uderzył z daleka naprawdę bardzo groźnie, w meczu z Niemcami, gdy wykonywał rzut wolny, piłka po kapitalnym strzale trafiła w poprzeczkę.

Pora wreszcie napisać też o Mariuszu Stępińskim. Gościu, który zagrał w barwach Widzewa w tym sezonie już dobre kilka spotkań, mimo iż ledwie co skończył siedemnaście lat. Po turnieju mogę o nim powiedzieć, że jest bardzo dobry technicznie, ma naprawdę niezły drybling, uderzenie, spokój przy wykończeniu sytuacji. Same pozytywy, nieprawdaż? Tylko jest jeden negatyw. Poważny. Taki, przez który wszystkie jego zalety i umiejętności mogą okazać się niemal bezużyteczne. Może nie całkowicie bezużyteczne, ale w dużym stopniu. A mianowicie szybkość.  Tego mu zdecydowanie brakuje. To u napastnika jest przecież bardzo istotne, a on ma ją na bardzo niskim poziomie. Naprawdę, może z niego wyrosnąć drugi Robert Lewandowski, tylko musi poprawić tę dynamikę i szybkość. Mariusz, please, ćwicz te aspekty i ćwicz. Naprawdę, możesz być w przyszłości kapitalnym grajkiem.

Ciekawy jestem czy ci młodzi zawodnicy, postrzegani jako bardzo utalentowani, kilka dni temu odnoszący życiowy sukces, zrobią kariery na miarę swojego talentu. Wielu z nich ma umiejętności, perspektywy. Należy tylko tego nie zepsuć. Dawać im szansę, gdy będzie taka potrzeba - przemówić do rozsądku, pielęgnować, nałogowo ich w mediach nie chwalić. I tu pojawia się wielka rola trenerów klubowych. Boje się, że ci piłkarze się po prostu zmarnują, a o to w Polsce bardzo łatwo.  Ile już było wielkich talentów, które miały podbijać świat, a teraz, po latach, grają przeciętnie i na bardzo przeciętnym sezonie. 

W tym tekście wychodzi na jaw u mnie  "syndrom Polaka". Mimo, że doszliśmy do półfinału, a to jest przecież, jak już wspominałem, w naszym kraju absolutnym wyjątkiem od reguły, to ja i tak narzekam i szukam minusów. Narzekam i narzekam. No cóż, nie robię tego złośliwie, byle tylko znaleźć dziurę w całym, a po prostu staram się na to obiektywnie spojrzeć. Przyszedł sukces - świetnie, cieszmy się, ale pamiętajmy o tym jak wiele jest jeszcze do poprawy, jak wiele w naszej grze było mankamentów. I mówmy o tym. Otwarcie. A chłopaki niech dalej pracują, w samozadowolenie nie popadają. Teraz tylko należy  wierzyć, że seniorska reprezentacja Polski, weźmie przykład z młodzieży i za dwa miesiące będzie mogła się cieszyć z medalu Mistrzostw Europy. Ale tych seniorskich. Najważniejszych.

22:38, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2012
Mistrz słaby jak nigdy

 W ostatnią niedzielę poznaliśmy nowego mistrza Polski. Został nim, jak wiemy, Śląsk Wrocław. Mistrzostwo zdobył zasłużenie, chociaż wielkiego futbolu nie pokazywał, grał i punktował przeciętnie. Spokojnie można rzec, że jest to mistrz najsłabszy od lat, a będąc w słowach i tezach odważniejszy, można powiedzieć: słaby jak nigdy.

Gdy Śląsk Wrocław zdobywał rok temu wicemistrzostwo Polski, raczej niewielu sądziło, że zdoła ten sukces w najbliższej przyszłości ta ekipa powtórzyć. Ja sam myślałem, że to raczej jednorazowy wybryk, wierzyłem, że liga pójdzie do przodu, a gdyby tak się stało, to wrocławianie raczej swojego zeszłorocznego sukcesu by nie powtórzyli, w każdym razie - nie z takim składem. Bo ekipa Lenczyka przecież wtedy nic wielkiego nie pokazywała: defensywka, często bardzo głęboka; kontry, dyscyplina. Po prostu była to solidna drużyna. Jednak, jak widać, Śląsk nie tyle swój sukces w zakończonym właśnie sezonie powtórzył, co jego skalę znacznie powiększył, zdobywając tytuł najlepszych w kraju.

W tym sezonie podopieczni Lenczyka przestali ograniczać się do defensywy, kontr, często dyktując tempo gry, dominując. Przynajmniej tak było jesienią.  Pierwszą rundę wrocławianie mieli bardzo udaną. Równą. Tracili punkty, przynajmniej w porównaniu do wiosny, bardzo rzadko. Imponowali solidnością. Słabszych pokonywali regularnie, z ekipami teoretycznie lepszymi kadrowo też często punktowali. Jednak wiosna była zgoła odmienna. Wrocławianie częściej punkty tracili niż je zdobywali, pełną pulę zbierali rzadko. Od święta. Legia miała mnóstwo okazji by rywalom z zachodu Polski uciec już bardzo daleko. Tak daleko, że ci nie mieliby już praktycznie żadnych szans na dogonienie lidera. Ale Legia też punktowała bardzo przeciętnie, trzy punkty też zbierała raczej wyjątkowo, zwłaszcza w drugiej części rundy wiosennej. Nikomu do tego tytułu się nie spieszyło, pretendenci do niego tracili punkty praktycznie co kolejkę, nałogowo. Jednak w tym najważniejszym momencie, na trzy kolejki przed końcem, wrocławianie jednak zaczęli zwyciężać. Nie grali efektownie. Rywali nie potrafili za bardzo zdominować. Ich gra była raczej wyważona, dość ostrożna, ale przy tym potrafili być skuteczni pod bramką rywali. Potknięcie stołecznej ekipy wykorzystali, na mistrza zasłużyli. Choć nowy mistrz z Wrocławia nie jest silny, jest solidny. To tyle.

Wielkich indywidualności we wrocławskiej ekipie nie ma. Jest Mila, który, owszem, imponuje dokładnością zagrywanych piłek, stałe fragmenty bije kapitalnie, zaliczył aż czternaście asyst. Wielu ma pretensje do naszego selekcjonera, że zawodnika Śląska do kadry nie wziął. Ja się jednak z tym nie zgadzam w żadnym stopniu, bo Sebastian nie jest piłkarzem, który potrafi wygrać pojedynek jeden na jeden, ma bardzo słabą dynamikę, po boisku często porusza się mozolnie, powoli. Szczerze mówiąc, piłkarsko mi nie imponuje. Jest to niezły piłkarz, ok, powiem: indywidualność w zespole Śląska, dobry gracz, ale "international level" to nie jest.

Jest w ofensywie jeszcze Sobota, który jest bardzo szybki, posiada niezły drybling, kontrolę nad piłką, potrafi zrobić akcję, która przesądzi losy danego spotkania. Jego minusem jest jednak niestabilność formy, częste jej wahania. Zdarza mu się naprawdę świetny mecz, w którym drybluje, strzela,  jest aktywny, a zdarzają mu się mecze, kiedy jest letargiczny, mało mu wychodzi, piłkę ma rzadko.

Reszta to piłkarze przyzwoici, solidni, na polską ekstraklasę po prostu dobrzy. Ale niczym szczególnym się nie wyróżniający. Brakuje mi właśnie w tej ekipie kogoś, kto potrafi jedną akcją przesądzić losy meczu, mówiłem o Sobocie, ale to też nie jest jeszcze to. Brakuje tutaj kogoś takiego jak Melikson w Wiśle, osoby, jaką jeszcze niedawno był w Lechu Semir Stilić czy też takiego Radovica. Piłkarza, który będzie zespół za sobą ciągnął. Który będzie brał ciężar gry na siebie.

Mistrzostwo - to fajnie brzmi, o tak. Tylko za tym muszą pójść kolejne, dalsze inwestycje. Na pewno z zespołu odejdzie Jarosław Fojut. Kontrakty kończą się Piotrowi Celebanowi (odejście wydaje się niemal pewne), Kelemenowi (bardzo istotny punkt) i jeszcze kilku, już mniej istotnym zawodnikom. Po odejściu Fojuta i ewentualnym odejściu Celebana, konieczny jest co najmniej jeden środkowy obrońca, może dwóch. Do środka pola także ktoś obowiązkowo. Napastnik również jest potrzebny. Nawet bardzo.  W tym sezonie brakowało właśnie Śląskowi takiego skutecznego snajpera, będącego gwarantem 10 - 15 bramek w sezonie. Jest Diaz, Gikiewicz, ale oboje to nie są tacy typowi strzelcy, oboje nie potrafią sytuacji wykorzystywać jak boiskowi terminatorzy. Niby takim zawodnikiem był Voskamp, ale chyba jednak widać, że to nie jest ten poziom. Ten z kolei, bardzo długimi momentami nie bierze udziału w grze. Rzadko podchodzi pod grę, ani myśli brać udział w rozgrywaniu piłki. Właściwie to Śląskowi jest potrzebne wzmocnienie praktycznie na każdą pozycję, do każdej formacji.

Niestety, fajnie to się to tylko mówi, a rzeczywistość może okazać się zgoła odmienna. Bowiem Śląsk to jest w tym momencie masa niewiadomych. Mówi się coś tam o odejściu Oresta Lenczyka, który w trakcie sezonu był przecież w małym konflikcie z niektórymi piłkarzami, albo inaczej: stosunki na linii Lenczyk - piłkarze, były napięte. Nie wiadomo czy właściciel, Zygmunt Solorz, będzie chciał latem szastać kasą.

Szczerze mówiąc, nie za bardzo widzę szansę dla Śląska w walce o Ligę Mistrzów. Myślę, że ciężko im będzie nawet powtórzyć wyczyn Wisły z tego sezonu, która swoją przygodę zakończyła na ostatniej rundzie eliminacji. W każdym razie: bez wzmocnień ani rusz!

 

21:10, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 maja 2012
Cracovia na równi pochyłej

 Dwie kolejki do końca rozgrywek. Cracovia ma siedem punktów straty do Lechii Gdańsk zajmującej czternaste miejsce. Pasy już spadły, a  szans na dogonienie ludzi Janasa, nawet teoretycznych, nie mają żadnych.http://pubsport.pl/wp-includes/js/tinymce/plugins/wordpress/img/trans.gif

Cracovia od kilku lat gra o utrzymanie. Pamiętamy, raz już spadła, ale uratowało ją nieprzyznanie licencji wówczas siódmemu w tabeli ŁKS - owi Łódź. Janusz Filipiak ładuje w tę ekipę mnóstwo pieniędzy. Najpierw ściągał Polaków: Matusiaków czy Ślusarskich, którzy rozczarowani wracali zza granicy. Po jakimś czasie, gdy ściąganie wypalonych, rezerwowych Polaków zza granicy, chcących naprawdę duże pieniądze, nie przyniosło efektów,  postanowił, zapewne za namową doradców, zacząć ściągać obcokrajowców. Było ich dużo, ale był to najzwyczajniej w świecie zagraniczny szrot. Piłkarze słabi, często bardzo mierni technicznie. Bardzo współczuje prezesowi, bowiem zaangażował się, wydawał pieniądze na kolejne transfery, miał ambicję zbudowania tutaj świetnej drużyny z kibicami, piękną historią, ale i przyszłością. Prezes ekipy spod Wawelu to nie jest drugi Józef Wojciechowski, nie zwalnia szkoleniowców po pierwszej wpadce, jest cierpliwy, nie "strzela fochów", jak właściciel Czarnych Koszul. Niestety, wyszło jak wyszło............

Oczywiście to nie Filipiak wynalazł takie "cuda" jak Puzigaca, Van der Bizen, Milos Kosanovic i wielu, wielu innych. To jego współpracownicy znaleźli, prezesa do wydania danych pieniędzy na tych zawodników przekonali.

W ostatnich sezonach Cracovia grała brzydko, nieatrakcyjnie, po prostu słabo, ale w bieżącej kampanii często jesteśmy już świadkami istnej masakry. Piłkarze z Krakowa nierzadko mają problemy z najłatwiejszymi, najbardziej podstawowymi aspektami rzemiosła piłkarskiego. Często problemy sprawia im zwykłe przyjęcie piłki lecącej z góry. Podania notorycznie są niedokładne, do zamierzonego celu nie docierają, chociaż często wyglądają one na bezcelowe, po prostu: kopnąć byle gdzie, byleby ta piłka już sobie  poszła. Najczęściej ich gra opiera się na dalekich wybiciach do przodu, bezcelowych, bezsensownych. Jak już piłką próbują grać, jak próbują futbolówkę rozegrać, to właśnie wtedy ewidentnie brakuje im tak ważnej przecież w futbolu  techniki i koncentracji. Wymienią dwa podania, pójdzie zagranie do takiego Van der Bizena, temu piłka odskoczy na trzy metry i po akcji. Dziękuję, dobranoc. Oprócz tego nie ma w zespole Pasów tego jakże niezbędnego do grania ataku pozycyjnego ruchu zawodników bez piłki. Oni ani myślą poruszać się bez futbolówki, a jeśli już, to spacerkiem. Nie ma wyjścia na pozycję koledze, który ma piłkę, pokazania się do zagrania, nie wspominając już o jakiejś szybkiej "wymianie  krzyżowej", próbie zagrania czegoś bardziej błyskotliwego, dla rywala zaskakującego.

Przez ekipię spod Wawelu przewinęło się w tym sezonie trzech trenerów. Pierwszy, Jurji Szatałow, był przy Kałuży bardzo szanowany. Bowiem w minionym sezonie, kiedy Cracovia była już na krawędzi, kiedy była już bliziutko śmierci, a konkretniej mówiąc: spadku, on przyszedł, potrafił tę ekipę wyciągnąć z ogromnego dołka i ostatecznie utrzymać. W tym sezonie przygotował drużynę tak "wspaniale",  że 22 września, czyli po zaledwie kilku spotkaniach, musiał już odejść z klubu. Drugi był Dariusz Pasieka. Człowiek potrafiący ładnie mówić na konferencjach prasowych, ale jako trener najzwyczajniej w świecie słaby. Bez charyzmy i - na to wygląda - umiejętności  wstrząśnięcia swoimi podopiecznymi, pobudzenia ich do walki.

Potem, już jako taki typowy ratownik, przyszedł Tomasz Kafarski. Trener młody, utalentowany, który zrobił w Gdańsku bardzo dobrą robotę. Skończył wtedy co prawda nieudanie, ale moim zdaniem, Lechia po jego ręką grała ofensywnie, ładnie, dobrze, a przynajmniej do pewnego momentu. Gdy on przychodził szansę na utrzymanie się Pasów były naprawdę małe i jego przyjście pod Wawel było, w mojej opinii, sporym błędem. Może sobie tylko bardzo mocno nadszarpnąć reputację, bowiem podjął się zadania niezwykle trudnego, dostał drużynę rozbitą, słabą, przegrywającą i to w najważniejszym momencie sezonu. A on jeszcze nie ma takiej charyzmy, takiego doświadczenia, by nagle tak zmotywować piłkarzy, tak nakręcić, by oni nagle zaczęli wygrywać. Tutaj nie pomogą jakieś specjalne treningi. Po prostu trzeba umieć stworzyć coś dobrego,zarazem łatwego do opanowania, taktycznie i przede wszystkim trzeba być dobrym trenerem - psychologiem, trzeba swoich grajków przekonać, zmotywować. Kafarski jest dobry, z przyszłością, ale nie aż tak, by wyciągnąć ekipę z takiego dołka. Co innego gdyby dostał cały okres przygotowawczy, masę czasu i mniej presji. Cracovia pod jego ręką się nie zmieniła, jednak ja będę się starał byłego coacha Lechii bronić.

Cracovia, owszem, tak jak wspominałem na początku, spadła, ale nie oznacza to, że w przyszłym sezonie w ekstraklasie nie zagra. Pamiętamy chyba sezon 2008/2009 i nieprzyznanie licencji ŁKS - owi, co skutkowało tym, że Pasy I - ligi wtedy nie zasmakowały. Teraz,  nawet trener, Kafarski, powiedział, że tak naprawdę to jego ekipa jeszcze nie spadła. A to mówi się o nieprzyznaniu licencji wielu śląskim klubom i Termalice,  a to mówi się o fuzji ze wspomnianym wcześniej klubem. Jest mnóstwo scenariuszy. Myślę, że któryś z nich się sprawdzi i w następnym sezonie przy Kałuży znowu będziemy mogli oglądać mecze T - mobile ekstraklasy.

17:56, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2012
Piękno futbolu

  Stało się! Wielka niespodzianka. Kompletne zaskoczenie. Chelsea po wczorajszym remisie 2:2 z Barceloną na Camp Nou wywalczyła awans do finału tegorocznej Ligi Mistrzów. Widowisko było kapitalne, przebieg boiskowych wydarzeń niesamowicie ciekawy, a końcowy rezultat też jest ogromnym zaskoczeniem.

Barcelona, drużyna nie bez powodu przez wielu obwoływana ekipą wszech  czasów, a dla większości piłkarskiej społeczności zespołem nieosiągalnym. Tak, to ta drużyna, złożona z wirtuozów zdecydowanie najlepszych na świecie, będąca projektem idealnym, doskonałym, perfekcyjnym, uległa Chelsea. Chelsea, o której już w lutym mówiło się, że sezon jest dla niej kompletnie nieudany, padały tezy, że już praktycznie stracony, nie do uratowania, a ekipie The Blues pozostaje tylko z całych sił walczyć o "top four". Mało kto w ogóle rozważał finał Ligi Mistrzów. Wtedy, w lutym, gdyby jakiś człowiek powiedział, że Chelsea będzie w finale, w dodatku fazę wcześniej pokonując  Barcelonę, w wielu miejscach by go wyśmiano, uznano za człowieka niemyślącego logicznie i ślepo zapatrzonego w drużynę z Londynu. To ta drużyna, uważana za wypaloną, pełną weteranów, którzy już nie świecą tak jasno jak jeszcze dwa, trzy lata temu i na najwyższym poziomie rządzić już nigdy nie będą. To ci weterani, ludzie wypaleni, obecnie (podobno) futbolowo już przeciętni, zdołali pokonać najlepszą drużynę świata. Zasłużenie.

Chelsea walczyła. Ustawiła autobus pod własnym polem karnym, piłkarze Barcy na wszelkie sposoby próbowali się pod bramkę londyńczyków przedostać, ale było to niesamowicie trudne, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy Barca  sprawiała momentami wrażenie zmęczonej ciągłymi, lecz bezowocnymi atakami. Jak już pod tę bramkę się ekipa Guardioli przedostała, to w wielu sytuacjach nie do pokonania był kapitalnie wczoraj dysponowany Petr Cech albo, gdy piłka już minęła czeskiego golkipera, to futbolówkę z linii bramkowej wybijali londyńscy defensorzy. Roberto Di Matteo ustawił swój zespół bardzo mądrze, sprawił, wraz ze swoimi podopiecznymi, ludziom Guardioli ogromne problemy. Piłkarze włoskiego szkoleniowca świetnie się przesuwali, ustawiali, byli zdeterminowani, walczyli agresywnie, ofiarnie, heroicznie, nawet czerwona kartka dla ich przywódcy, kapitana i legendy, Johna Terry'ego, nie sprawiła, że przestali wierzyć i walczyć na całego. Na tysiąc procent, na najwięcej, ile się dało.

Owszem, Barca miała więcej sytuacji, dominowała. Ten kto tego nie przyzna, najpewniej nie jest człowiekiem patrzącym na tę sprawę obiektywnie, ale Chelsea na awans zasłużyła. Była skuteczniejsza, świetna taktycznie, dobra w defensywie, a Barca wręcz odwrotnie -  raziła nieskutecznością,  w  defensywie zdarzały się kosztowne błędy. Chyba nikt się tutaj nie spodziewał, że The Blues będą dominować, przeważać, utrzymywać się przy piłce. Spróbowanie zagrania czegoś takiego to już byłoby istne samobójstwo. Tak się przeciwko Barcelonie nie da. Ale podopieczni Di Matteo nie zabijali futbolu, nie przerywali każdej akcji faulem.  Ten dwumecz i - na przykład  - sobotnie El Classico pokazują, że nawet z tymi ludźmi z innej planety, uprawiającymi futbol kosmiczny, galaktyczny, będącymi artystami najwyższego formatu, też można wygrać. Tiki - taka nie zawsze musi okazać się nie do pokonania.

W ekipie z Anglii zawiódł kapitan, John Terry. Człowiek mający niebieskie serce. Osoba, która żyje po to, by grać dla Chelsea. Piłkarz, który jest legendą tego klubu. Ikoną. Znowu rozczarował w najważniejszym momencie. Obrońcą jest kapitalnym, jednym z najlepszych na świecie, ale przypomnijmy sobie finał Ligi Mistrzów z 2008 roku pomiędzy The Blues a Manchesterem United. Łużniki. Seria rzutów karnych. Podchodzi kapitan londyńczyków, jeśli Van der Saara pokona, to będzie bohaterem, a jego ukochany zespół wygra Ligę Mistrzów po raz pierwszy w historii. Johnny podbiega do futbolówki, uderza.... trafia w słupek. Upada na ziemię. Chwilę później pudłuje Anelka i to Czerwone Diabły są triumfatorem LM. Wtedy zawiódł, ale dało się to wytłumaczyć, to były karne, loteria, Terry, jak każdy, mógł się pomylić. Wczoraj nie wytrzymał nerwowo, na czerwoną kartkę zasłużył. Znowu zawiódł w tak istotnym momencie, kiedy jego drużyna przegrywała 0:1. Dobrze, że jego koledzy sobie tak  kapitalnie poradzili i ostatecznie, w dziesiątkę (!), Blaugranę pokonali, bo pewnie w razie porażki gości to on obwołany by był antybohaterem spotkania. No i John wykluczył się też z udziału w wymarzonym finale.

Z kolei ze strony katalońskiej rozczarował ten, który nie rozczarowywał dotąd nigdy. Ten, który jest najlepszym na świecie. Leo Messi, tak, to o  niego mi chodzi. Owszem, grał naprawdę dobrze, jak zwykle był aktywny (zwłaszcza w pierwszej części gry), zachwycał dryblingami, ale bramki nie strzelił. Więcej, zmarnował rzut karny. Nie pamiętam, kiedy Messi w tak istotnym momencie się pomylił. Uderzył dobrze, celował w górny róg, nad kapitalnie dysponowanym Cechem, ale zabrakło mu centymetrów. Kilku, trafił bowiem w poprzeczkę. Absolutnie nie chcę sugerować, że to przez Argentyńczyka Barca przegrała, przecież to on zaliczył asystę przy golu Iniesty, to on onieśmielał w wielu sytuacjach rywali, to on brał ciężar gry na siebie i świetnie mu to wychodziło, ale nie trafił w tym najważniejszym momencie. Gdyby strzelił wspomnianą "jedenastkę", to myślę, że Chelsea by się już nie podniosła. No cóż, takie życie piłkarza. Jak w słynnym powiedzeniu: "raz na wozie, raz pod wozem". Nawet najlepszym się takie coś może przytrafić.

Myślę, że Barca w przyszłym sezonie wciąż będzie niesamowicie mocna, ale równocześnie twierdzę, że kończy się pewna epoka. Epoka, nie tyle panowania Barcelony, co panowania słynnej tiki - taki i systemu gry Dumy Katalonii. Znaleziono na niego lekarstwo, a raczej żywą broń, a ten, wobec  niej, nie okazał się już tak skuteczny i mocny.  

Szczerze mówiąc,  sądziłem, mimo sporej sympatii do Chelsea, że londyńczycy grając w dziesiątkę i przegrywając 0:2,  już się nie podniosą. Nie wstaną. Nie zawalczą. Zrobili to, podnieśli się, wstali z kolan. Ostatecznie zwyciężyli. Taki jest właśnie futbol. Dla naszych emocji brutalny, ale zarazem piękny, w tym sporcie nigdy nie możesz być niczego pewnym. Sporcie, moim zdaniem, najpiękniejszym na świecie.  

16:55, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 kwietnia 2012
Bitwa na Camp Nou

 Przed nami mecz rewanżowy półfinału Ligi Mistrzów pomiędzy Barceloną a Chelsea. W pierwszym spotkaniu, jak wiemy, londyńczycy wygrali na Stamford Bridge 1:0. Duma Katalonii przed rewanżem wciąż pozostaje faworytem tego dwumeczu, ale Chelsea najpewniej postawi podopiecznym Guardioli bardzo ciężkie warunki.

Dla obu ekip jest to staracie niezwykle ważne. Barca po sobotniej porażce z Realem praktycznie się już pożegnała z tytułem mistrzowskim, czego mało kto się spodziewał. Mało kto się spodziewa też, że Duma Katalonii mogłaby do finału Ligi Mistrzów, kosztem teoretycznie dużo słabszej Chelsea, nie wejść. Przegrają, to mimo wszystko, ten sezon trzeba będzie nazwać kampanią rozczarowującą. Wielu zacznie powoli mówić, nie wiem czy słusznie, o upadku wielkości Barcy. Bo w końcu sezon bez mistrzostwa kraju lub bez finału Ligi Mistrzów dla drużyny nazywanej przez wielu ekipą galaktyczną, wręcz zespołem wszech czasów, byłby wielką porażka. Rozczarowaniem.

Z kolei Chelsea ma na kilka kolejek przed końcem obecnych rozgrywek Premier League, cztery punkty straty do czwartego, premiującego grą w eliminacjach Ligi Mistrzów, miejsca. Mieli w sobotę szansę, by zbliżyć się do „top four” na odległość minimalną, konkretniej mówiąc: jednopunktową, ale nie zdołali wypunktować i pokonać Arsenalu bezbramkowo z nim remisując. A zatem, jedyną drogą do Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie może okazać się.....wygranie Ligi Mistrzów w bieżącym sezonie. W Londynie jest presja sukcesu. Abramowicz chyba sobie nie wyobraża, by po niemal dekadzie tłustych lat, udekorowanych występami i walką o najwyższe cele w LM, nagle Chelsea w tych elitarnych rozgrywkach  nie zagrała. Rosyjski właściciel ma przeogromne ambicje, wielkie marzenia, a największym jest wygranie tych rozgrywek.

Lepszych wykonawców ma Blaugrana, dlatego też to ona pozostaje faworytem tego pojedynku. Ale londyńczykom absolutnie szans bym nie odbierał. Więcej, twierdzę, że jest duża szansa na to, że z ekipą Guardioli sprawią niespodziankę. Co prawda przed tygodniem na Stamford Bridge to Barcelona przeważała, stwarzała okazje, grała w piłkę, a Chelsea raz zagroziła bramce Valdesa i właśnie wtedy strzeliła bramkę; podopieczni Guardioli mieli ogromnego pecha, Chelsea ratowały słupki, poprzeczki, Cech, obrońcy, kiksy Katalończyków. Wszystko. Ale w sobotę  Barca została przez Real zneutralizowana dosłownie.  Grała piłką, ale sytuacji sobie niemal nie stwarzała. Piłkarze Los Blancos przesuwali się świetnie, poustawiani byli idealnie. Więcej, nie zabijali futbolu, nie faulowali w każdej akcji.  I to oni, Królewscy, strzelili na Camp Nou dwie bramki i zwyciężyli. Może jeden telefon Mourinho do Di Matteo bardzo pomoże. Chelsea strzeli bramkę, choćby zupełnym przypadkiem, Barca ma ogromny problem: musi strzelić trzy.

Chyba nietrudno się domyślić jak będzie przebiegać to spotkanie. Barca  będzie miała inicjatywę – na pewno, jestem pewien, że szans będzie mieć więcej niż w meczu z Realem, a Chelsea będzie ustawiona głęboko, defensywnie, najprawdopodobniej zagrają formacją 4-3-3, chociaż bardziej nazwać można to 4-5-1, z racji bardzo wielu defensywnych zadań dwóch skrzydłowych, którzy normalnie przy 4-3-3 nie angażują się tak w obronę. Sądzę, że na tych skrzydłach znajdzie się Mata i Ramires, czyli też opcja defensywna, ostrożna, bowiem obaj piłkarze, a zwłaszcza Hiszpan, to grajkowie środka pola, nieprzyzwyczajeni do rajdów przy linii bocznej, za to często spotykający się z zadaniami czysto defensywnymi. W ogóle uważam, że Mata na skrzydle się marnuje, to nie jest typ piłakrza na tę pozycję. Dla mnie to jest świetny typowy rozgrywający, mający doskonały przegląd pola, uwielbiający piłkę pieścić, na milimetry dogrywać, można powiedzieć, mający barcelońskie DNA. Wie  kiedy przyspieszyć tempo gry, kiedy zwolnić, ale do wygrywania 1 vs 1 na skrzydłach nie jest doskonale przystosowany. Jednak tutaj chodzi o  wspólny cel. Wspólne dobro. Jutro liczyć się będzie dla Chelsea tylko jedno: awans, choćby mieli poświęcić walory wspomnianego Maty czy Ramiresa, choćby znowu mieli nadużyć szczęścia, choćby po raz kolejny oddali jeden strzał w meczu. I na tym polega piłka, wygrywa ten, kto strzeli więcej bramek, a nie ten, kto stworzy więcej okazji czy więcej razy będzie ostrzeliwał słupki czy poprzeczki. Takie to banalne, ale jednak zarazem takie skomplikowane.

The Blues przede wszystkim muszą wyeliminować błędy z pierwszego meczu. Podchodzić pod zawodników Blaugrany powinni jeszcze agresywniej, kryć jeszcze krócej, przesuwać się jeszcze mądrzej, bo pierwszy mecz w wykonaniu Chelsea nie był świetny, perfekcyjny, był bardzo dobry, a że udało się przetrwać katalońską nawałnicę,  szczęście gospodarzy na Stamford Bridge osiągnęło maksimum, to udało się  wygrać. Wygrać, mimo bycia  piłkarsko ewidentnie słabszym. Ale zagranie tak jak Real w sobotę w wykonaniu Chelsea jest możliwe, w końcu Di Matteo o dwie klasy słabszych wykonawców pod ręką nie ma. Chelsea w obecnym składzie też może z Dumą Katalonii wygrać i to nie tylko dzięki ogromnej puli szczęścia.

Środowy mecz The Blues z Barcą oraz sobotnie El Classio pokazują, że Dumę Katalonii jednak da się pokonać. Stawiają Chelsea w lepszej sytuacji psychologicznej, bo to Barca będzie się bardziej bała. Teraz to jej pewność siebie została nadszarpnięta.

Jak już wspominałem, Abramowczowi na wygraniu Ligi Mistrzów zależy niezwykle. Pamiętamy, jak niewiele brakło podczas pamiętnej serii jedenastek na Łużnikach w finale w 2008 roku, pamiętamy poślizgnięcie Terre’go, potem pudło Anelki; pamiętamy zacięte półfinałowe boje z Liverpoolem,  bardzo pechowo przegrywane. Może teraz się uda, kiedy to zwycięstwo Chelsea jest tak potrzebne. Najpierw jednak trzeba ograć ekipę wszech czasów, Barcelonę. Możemy szykować się na naprawdę doskonałe, pełne emocji widowisko.

 

 

07:03, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Borussia - Bayernu rywal na lata

Po 31  kolejkach niemieckiej Bundesligi Borussia Dortmund ma siedem punktów przewagi nad drugim Bayernem. Chyba tylko jakiś kataklizm mógłby spowodować to, że Borussen tę przewagę, w cztery kolejki, które pozostały do rozegrania, roztrwonią.

Bayern, jak wiemy, od lat panuje na niemieckich boiskach. Jest to firma, która w Niemczech wychyla się ponad wszystkich. Niemal pod każdym względem. Finanse, klasa sportowa, marketing. Wszędzie, niemal na każdym polu góruje Bayern. Owszem, zdarzało się, że majstra zdobył Wolsfburg czy Stuttgart, ale to były tylko pojedyncze wybryki. Jednosezonowe przypadki. Po roku bez mistrzowskiej patery monachijczycy zaraz wracali na szczyt, a ekipy, które śmiały się zdobyć mistrza rok wcześniej, były w tabeli daleko, daleko za zespołem z Bawarii. I tak od niemal dwudziestu lat.

Rok temu mistrzostwo  zdobyli chłopcy Kloppa. Niemiecki szkoleniowiec kapitalnie tę drużynę zbudował, ułożył. Sprawił, że zawodnicy z Westfalii zaczęli grać pięknie, widowiskowo, ale zarazem bardzo skutecznie. Poprzedni sezon był jak sen. Marzenie. O, tak. Ale, mimo iż BVB zdobyła ten tytuł graczami bardzo młodymi, niezwykle perspektywicznymi,  mogącymi w przyszłości rządzić na naszej futbolowej planecie, zdobywać ogromne laury, to jednak sądziłem, że w tym sezonie Duma Westfalii zostanie sprowadzona na ziemię, mistrzostwa po raz kolejny nie powtórzy. Nie wierzyłem, że żółto - czarni  będą w stanie drugi rok z rzędu pozostawić za swoimi plecami wielki Bayern. Bo jednak Bayern to są pieniądze. Ogromne pieniądze, takie, jakich w Dortmundzie może nie być jeszcze przez długi, długi czas.  BVB nie wydaje tylu pieniędzy na transfery. Latem kupili przecież tylko  Perisicia za  5 mln euro. Na Alianz Arena przybył Neuer, Boateng i inni. Za ogromne pieniądze. Bayern to są gwiazdy najwyższego formatu, klasy światowej. Miałem nadzieję i w to akurat bardzo pozytywnie się zapatrywałem, że BVB będzie w czołówce. Ale mistrzostwo? Nie.

I początek sezonu, rzeczywiście, wskazywał, że ten sezon dla Borussen nie będzie już taki oszałamiająco piękny. Siedem punktów po sześciu kolejkach, nie, to nie brzmi zbyt dumnie. Ale dortmundczycy otrząsnęli się. Zaczęli wygrywać. Seryjnie. Cierpliwie walczyli o coraz to wyższe lokaty. Aż w końcu wylądowali na piedestale. Ale to nie był jeszcze koniec. Kilka dni temu miało miejsce wydarzenie, które miało wszystko rozstrzygnąć lub  -  w przypadku wygranej drugiego FCB  -  znacznie przybliżyć nas do wyłonienia zwycięzcy Bundesligi w tym sezonie. Mecz Borussia - Bayern. Jak już wspomniałem we wstępie, wygrali podopieczni Kloppa i od tytułu dzieli ich już bardzo mało. Malutko.

Nie wierzę, by taką przewagę roztrwonili. Oni niesamowicie dojrzeli, grają mądrzej niż sezon temu, są znacznie bardziej doświadczeni. Należy zwrócić na pewno uwagę na przygotowanie mentalne tych zawodników. Niemal przez cały sezon gracze BVB mówili, że Bayern jest najlepszy w Niemczech, że nie myślą o mistrzostwie, w końcu, przed kilkoma dniami, ekipę Heynckesa ukąsili, pokonali; teraz dopiero zaczęli mówić o mistrzostwie bardziej otwarcie. Zawodnicy Borussi nie patrzą daleko w przyszłość, oni po każdym meczu żyją następnym, grają z Ausburgiem, to nie myślą już o meczu z takim Bayernem z którym grają przykładowo dwa tygodnie później. Nie, każdy mecz jest dla nich ogromnie ważny. Klopp pokazał, że wie, kiedy z zawodników ściągnąć presję, zluzować, a kiedy przycisnąć w mediach, powiedzieć konkretniej o swoich oczekiwaniach.

Borussia to nie jest drugi Wolsfburg, który po mistrzowskim sezonie stał się zupełnie inną drużyną. Gorszą.  Następny sezon skończył na odległej ósmej pozycji. Po środowym pojedynku nasuwa mi się wniosek, że w Dortmundzie pojawiła się drużyną, monolit, która może przez lata być rywalem Bayernu. Rywalem długoterminowym. Nie twierdzę, że przez następne lata Bayern będzie w cieniu BVB, absolutnie, ale myślę, że teraz wśród głównych faworytów do majstra nie będzie tylko i wyłącznie FCB, ale zacznie pojawiać się tam wspomniana ekipa z Westfalii.  Nawet jeśli ten wspomniany na samym początku kataklizm by nastąpił, nawet, jeśli jakimś przedziwnym trafem ekipa z Signal Iduna Park nie zdobędzie mistrzostwa, to i tak będę trzymał przy swoim.

Nie mówiłbym tego tak otwarcie, gdyby nie postawa władz Borussi. Watzke i innym nie zależy tylko na kasie, nie sprzedają połowy składu po mistrzowskim sezonie. Jak Watzke powie, że Goetze na razie nie sprzeda, to go nie sprzeda i koniec. Włodarze Borussi pragną, by ten klub nieustannie się rozwijał, szedł do przodu. Przypominam, skład BVB ma bardzo młody, większość z tych młodzieżowców ma szansę na wielkie kariery. A przychodzą następni. Latem do stolicy Westfalii zawita gwiazda innej Borussi, tej z Moenchegladbach, Marco Reus i to za 17 milionów euro. Zimą n SIP przeniósł się młody Leonardo Bittencourt z Energie Cottbus. Latem do Dortmundu trafi też młody Japończyk, Hiroki Sakai. No i ta młodzież z akademii.

Kamyczkiem do ogródka BVB jest na pewno ich słaby występ w tegorocznej LM. Grupy nie mieli imponująco trudnej: Arsenal, Maryslia i Olympiacos. Mistrzowi Niemiec wypadałoby zająć chociaż to trzecie miejsce. Zabrakło ekipie z Dortmundu wyrachowania, piłkarze Borussi mylili się w łatwych sytuacjach, dał o sobie znać brak doświadczenia drużyny Kloppa. Myślę jednak, że w przyszłym sezonie powinno być znacznie lepiej, bo jak już wspominałem, ta drużyna stale się rozwija, prze do przodu, zyskuje to, bardzo istotne przecież, doświadczenie.

Jak to fantastycznie, że w tej tak prężnie rozwijającej się drużynie, gra trzech polskich muszkieterów. Cała trójka, przynajmniej pod nieobecność Goetze'go, gra w pierwszym składzie. Myślę, że nawet jeśli młodziutka niemiecka gwiazdeczka wróci, to Błaszczykowskiego ze składu tak szybko nie przegoni, a nie zdziwię się, jak wygryzie ze jedenastki Kevina Grosskreutza, a nie właśnie Kubę.

Piszczek rozwija się świetnie. Już teraz mówi się, że jest to jeden z najlepszych prawych obrońców Bundesligi, niektórzy, bardziej odważni w swoich stwierdzeniach, stawiają tezę, że Polak jest już na swojej pozycji jednym z najlepszych na świecie. Ja w tym przypadku tak odważny nie jestem, bo Łukasz, owszem, w ofensywie szaleje, w przodzie gra efektownie, a zarazem efektywnie, ale, niestety, widać u naszego zawodnika braki w defensywie. Już kilka dobrych bramek Borussia po jego błędach straciła. Zdarzają się błędy w kryciu, czasami Piszczek za łatwo daje się przejść w sytuacji jeden na jeden, wiem, pamiętam, że z Polski wyjeżdżał jako przeciętny napastnik, z defensywą mający niewiele wspólnego. To momentami widać. Jednak dalsza intensywna praca może spowodować, że o Łukaszu z czyściuteńkim sumieniem będę mógł powiedzieć - jeden z najlepszych bocznych defensorów Starego Kontynentu.

Pamiętam jak jesienią narzekałem na Błaszczykowskiego, pamiętam, jak bałem się, że stary dobry Kuba już nie powróci.  Na wiosnę wrócił. W jeszcze lepszym wydaniu. Swojej gry nie ogranicza już tylko do pojedynków jeden na jeden i ofensywnego szaleństwa, tak jak dobre trzy lata temu. Takiego Kubę uwielbialiśmy, ale tego obecnego Błaszczykowskiego możemy wielbić jeszcze bardziej. Były gwiazdor Wisły Kraków pod względem piłkarskim dojrzał. Wkłada sporo wysiłku w swoją grę defensywną. Walczy w odbiorze, wraca się raz po raz. W ofensywie każda akcja to nie jest już pojedynek 1 vs 1. Polak potrafi popisać się ładnym prostopadłym dograniem, ma super dośrodkowanie, często gra z pierwszej piłki, a na pojedynek jeden na jeden wybiera tylko odpowiednie momenty. Na owy pojedynek nie decyduje się, gdy ma przed sobą trzech rywali, decyduje się na niego wtedy, gdy minięcie rywali jest realne i nie ma lepiej ustawionego od niego partnera, do którego spokojnie można zagrać piłkę. No i widać u Kuby tę dynamikę. Szybkość. Trochę mi tego brakowało przez znaczną częśc jesieni. To z czego zawsze słynął, stało się chwilowo jego gorszą stroną. Po dryblingu nie uciekał rywalom z taką łatwością jak robi to teraz. Bo teraz gra i do samej rundy jest doskonale przygotowany.

Czas napisać dobre słówko też o Robercie Lewandowskim. Fenomen? Może jeszcze nie. Piłkarz światowego formatu? Tak, po meczu z Bayernem mogę to spokojnie przyznać. Lewego oglądam co tydzień, ale do czasu wspomnaniego spotkania za takowego piłkarza go jeszcze nie uważałem. Dlaczego? - zapytacie. Ano dlatego, że Robert, owszem, bardzo szybko się rozwija, w porównaniu do zeszłego roku, przeszedł niesamowity progres, strzela dużo bramek, zastawia się, notuje asysty, podchodzi pod grę, ale jednak brakowało mi jednego do uważania go za gracza klasy światowej. Brakowało mi tylko błysku w jakimś bardzo ważnym meczu. Meczu, na który patrzy cała Europa, może nawet calutki świat. Wcześniej z FCB grał dobrze, ale bramki nie strzelił, asysty również nie zaliczył. W Lidze Mistrzów z Arsenalem czy Maryslią też niby grał dobrze, ale podporą zespołu nie był, goli nie strzelał. Lecz w środę, w meczu niesamowicie prestiżowym, niezwykle ciężkim gatunkowo, zabłysnął. Był gwiazdą BVB. To on strzelił piękną bramkę piętką. To on w ostatniej akcji spotkania przerzucił Manuela Neura i tylko poprzeczka uratowała monachijczyków od podwójnego skarcenia. To on w pierwszej połowie trafił w słupek po pięknej główce. To on się zastawiał, przyjmował piłkę kapitalnie, nie tracił jej niemal w ogóle i rozgrywał. To on był największym zagrożeniem dla byłego golkipera Schalke 04. W końcu, to on trafił na następny dzień na czołówki europejskich gazet. Nie tylko polskich. Sam meczu nie wygrał, ale to on był postacią pierwszoplanową. Teraz mogę to powiedzieć - Robert, jesteś piłkarzem klasy światowej.

Szczerzej napisałem tylko o trzech zawodnikach. To zaledwie część tej wspaniałej ekipy. Firmy, na której stadion już wkrótce będzie bało się przyjeżdżać sporo europejskich potentatów, a tylko nieliczni będą w stanie spokojnie ograć Borussię. Tak, tak myślę - w Dortmundzie rośnie nowa siła europejskiego futbolu.

15:07, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 kwietnia 2012
Kto wygra "walkę" o mistrzostwo?

Do końca bieżącego sezonu naszej ekstraklasy pozostało już zaledwie sześć kolejek. Jednak sytuacja w górnej połowie tabeli wciąż nie jest ukształtowana, niełatwo  wyrokować, kto będzie mistrzem, a kto zagra tylko w pucharach. Na mistrzostwo duże szanse ma jeszcze pięć drużyn, może sześć, gdy dorzucimy do tego towarzystwa jeszcze poznańskiego Lecha, który ma siedem punktów straty do lidera, ale ostatnio wygrywa.

Na pierwszym miejscu w tabeli plasuje się warszawska Legia. Jesienią podopieczni Skorży zachwycali, grali, jak na polską ligę, wspaniale. Bardzo przyjemnie dla oka. Atrakcyjnie. Grali piłką, wymieniali krótkie podania, grali futbol kombinacyjny, z dużą wymiennością pozycji i zagrań z pierwszej piłki. Powiem szczerze, przed sezonem nie sądziłem, że jakakolwiek polska drużyna będzie grała taką piłkę. Po jesieni w ciemno stawiałem na Legię. Myślałem, że nie ma po prostu obecnie w Polsce drużyny, która może grać lepiej, która może w tabeli ligowej stołeczną ekipę przegonić. Po jesieni pierwszy był Śląsk, ale sądziłem, że podopieczni Skorży spokojnie go przeskoczą.

Wiosną Legia zawodzi. Nie grają już Wojskowi tak efektownie ani ciekawie. Tej wiosny oglądamy serial pod tytułem „ Stara, nieatrakcyjna Legia – reaktywacja”. Niestety. Oprócz wyraźnie gorszej gry, legioniści przestali także wygrywać. Mieli już kilka naprawdę dobrych okazji, by uciec reszcie stawki na sporo punktów. Tymczasem Legia ma w tym momencie zaledwie  „oczko” przewagi nad drugim Ruchem.

Co najmniej jeden akapit należy się właśnie  Niebieskim z Chorzowa. Z takim składem osobowym zajmować drugie miejsce w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej – szacun. I nie będę tym razem mówił o słabości naszej ekstraklasy, o jej szarej rzeczywistości, bo, mimo wszystko, Ruchowi ten szacunek wyraźnie się należy.  Nieważne, że wygląda na to, że niektóre zespoły chyba nie chcą walczyć o mistrzostwo, że, mając w zespole tabuny gwiazd, przegrywają. Nieważne. Ruch w tym momencie na tę drugą, zajmowaną przez nich pozycję zasługuje. Za solidność. Za konsekwencję w wykonywaniu założeń nakreślonych przez Waldemara Fornalika. Warto dodać, że ekipa z Chorzowa nie gra tylko skutecznie, ale także dość często  przyjemnie dla oka kibica. Potrafią na luzie wymieniać krótkie podania na połowie przeciwnika. Grają ciekawą piłkę. Jest to ekipa poukładana. No i jeszcze ten Piech. Walczy, biega, drybluje, strzela, jest wszędzie. Szkoda, że ma już te 27 lat. To, jakby nie patrzeć, trochę dużo; w tym wieku piłkarz dochodzi już powoli do szczytu swoich możliwości. Piech prezentuje obecnie wysoki poziom, ale tylko na naszą ekstraklasę, a z racji tego, że jest w takim wieku, szans na jakieś olbrzymie postępy chyba nie ma. Dlatego też wielkiej kariery na zachodzie nie ma co mu wróżyć, a szkoda, bo jest naprawdę dobry. Ambitny, szybki, niezły technicznie – tak,  to na naszą ligę wystarcza.

Czas na Śląsk Wrocław. Wrocławianie wiosną rozczarowują kompletnie. To mnie dziwi, bowiem wydaje się, że piłkarzy mają lepszych niż taki Ruch, Korona czy Polonia. Jednak grają w tej rundzie gorzej. Znacznie gorzej. Przegrywają naprawdę często, trzy punkty tej wiosny to, można powiedzieć, jest wyjątek. Święto. Tylko nieudolność rywali sprawia, że Śląsk wciąż jest na trzecim miejscu w tabeli, a do lidera traci tylko trzy malutkie punkciki, przy sprzyjających wiatrach, do odrobienia nawet w kolejkę. Myślę, że piłkarzy Lenczyka zjadła presja. Nie traktowano ich poważnie w walce o mistrza - grali na luzie, wygrywali. Zaczęto wreszcie o nich mówić jako poważnym kandydacie do tytułu, to nagle przestali wygrywać. Było już tak z wieloma drużynami. Apetyt, tak u kibiców jak i dziennikarzy, rośnie przecież w miarę jedzenia, a więc i oczekiwania są wyższe. Pojawia się presja. I, jak widać, pojawia się równocześnie duży kłopot.

Czwarta jest Korona, a do liderującej ekipy ze stolicy traci zaledwie cztery „oczka”. Zespół z Kielc od początku sezonu prezentuje futbol niezbyt skomplikowany. Grają ambitnie, niezwykle walecznie, można powiedzieć, "z zębem". Ale grają zarazem prosto, by przedostać się pod bramkę przeciwnika nie używają jakichś szczególnych środków. Niezła dyscyplina taktyczna, dobra gra w defensywie, waleczność, skuteczność – to w zupełności, by zwojować naszą ligę, wystarcza.

Piąta jest Polonia Warszawa. Polonia grająca nieciekawie, punktująca bardzo przeciętnie.  Ostatnio z obiegu wypadł Jacek Zieliński, zastąpił go Czesław Michniewicz. W pierwszym spotkaniu "polski Mourinho" poprowadził Czarne Koszule do pewnego zwycięstwa nad ekipą Oresta Lenczyka. Ale ilu było już przy Konwiktorskiej szkoleniowców, którzy tak dobrze startowali? Wielu. Dłużej niż sezon przetrwali tylko nieliczni. W Polonii, moim zdaniem, oczywiście z całym szacunkiem dla fanów tego klubu, nie ma obecnie warunków na zbudowanie czegoś większego. Też przez prezesa. Są pieniądze – super, ale ten brak cierpliwości Wojciechowskiego, ta presja sukcesu wywierana na trenerze i zawodnikach. To nie może się sprawdzić. Co z tego, że on robi transfery? Co z tego, że on w nowych grajków ładuje tak dużo kasy? Co z tego, skoro i tak ci piłkarze co kilka miesięcy pracują z innym szkoleniowcem. Skoro oni, mimo tak naprawdę nie jakiejś wielkiej klasy, są obarczani presją mistrzostwa. Trzeba czasu, żeby ta ekipa się  zgrała. Spokoju. Wojciechowski naprawdę powinien dać trochę czasu Michniewiczowi, nawet rok. Żeby tę ekipę zbudował, ułożył. Zresztą o Polonii w najbliższym czasie napiszę jakiś oddzielny felieton i tam w dłuższej formie postaram się Wam przedstawić moje spostrzeżenia dotyczące ekipy z Konwiktorskiej.

Obecna sytuacja w tabeli, niestety, świadczy tylko o słabości naszej ekstraklasy. W czołówce duży ścisk, odległości punktowe między poszczególnymi ekipami  bardzo małe - nie, to nie wysoki poziom tych wszystkich ekip jest powodem tego ścisku. Jest to raczej oznaka, że z marazmu naszej słabej ligi, nikt się nie wybija.

Sądzę, że mistrzostwo, mimo krytyki z mojej strony za obecną część sezonu, zdobędzie Legia. Siła kadrowa, dojrzałość, technika, doświadczenie. To za nimi przemawia. Jak będzie, to się jeszcze okaże. Przed nami pięć kolejek ciekawej walki o mistrzostwo albo o....... uniknięcie mistrzostwa, bo odnoszę niechybne wrażenie, że na przykład Legia czy Śląsk, gdy miały szanse uciec przed rywalami, tracili głupio punkty ze słabszymi przeciwnikami, z którymi wcześniej nie zwykli przegrywać . To powiem inaczej, czas na pięc kolejek walki "o coś".

18:45, danielflak1999
Link Komentarze (3) »
środa, 28 marca 2012
Rewanż formalnością?

 Wczoraj na Estadio da Luz byliśmy świadkami kolejnego wspaniałego spotkania w tegorocznej Champions League. Chelsea, w pierwszym spotkaniu ćwierćfinałowym, pokonała na wyjeździe Benficę Lizbona 1:0.

 

Bardzo ciekawie to spotkanie opisał tuż po meczu Krzysztof Sędzicki, ale ja również postanowiłem podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat tego widowiska.

Roberto Di Matteo zaskoczył wyjściową jedenastką. W niej pojawił się chociażby Salomon Kalou, który w tym sezonie ewidentnie już przyzwyczaił się do grzania ławy, podobnie zresztą jak inny, desygnowany wczoraj do gry przez włoskiego szkoleniowca gracz, Paulo Fereira, który ostatnie spotkanie w Premier League zagrał.... jeszcze w 2011 roku. Spodziewałem się też, że na środku defensywy z Terrym wystąpi Garry Cahill, bo to on grał w wyjściowej jedenastce The Blues w hicie z Tottenhamem, no i spisał się świetnie. Kapitanowi gości na środku obrony towarzyszył jednak Brazylijczyk, David Luiz. W Portugalii na ławce zaczęli tacy piłkarze jak chociażby Frank Lampard, Didier Drogba  czy Essien.

Od samego początku spotkanie było wyrównane, ale toczone w bardzo dobrym, płynnym tempie. Chelsea ustawiona była od początku dość głęboko, jednak nie było tak, ze The Blues nastawili się tutaj tylko na defensywę, oczywiście oni również atakowali, ale ustawieni byli z wielkim rozsądkiem i momentami widać było, że bardzo ważnym dla gości jest to, by nie stracić gola. Kilka okazji miało Chelsea, kilka razy groźnie było też pod bramką Cecha.

Od początku spotkania podobał mi się środek pola w ekipie Jorge Jesusa. Witsel, Aimar, Gaitan - piłkarze świetni technicznie, z dużą umiejętnością kreowania gry, z dobrym przeglądem pola. To od początku było widać. I właśnie piłkarze z Lizbony nie starali się grać długą piłką, grać z kontry, tylko grali atakiem pozycyjnym, ładnie wymieniali krótkie podania, potrafili sobie w ten sposób wypracować okazję. No i jeszcze te klepki. To mogło się podobać, naprawdę często próbowali gry z pierwszej piłki.

Chelsea atakowała bez pomysłu, większego polotu i fantazji.  Brakowało mi wczoraj podejścia pod grę Juana Maty. On powinien częściej pokazywać się do gry, wychodzić na pozyjcę. Ma wielkie umiejętności, ale wczoraj ich nie zdołał pokazać. To Mata powinien wziąć na siebie pałeczkę rozgrywania piłki, kreować grę, próbować prostopadle podawać, tymczasem on w ogóle z rzadka tę piłkę dotykał. No i jeszcze te, również słabe podczas wczorajszego spotkania, stałe fragmenty gry bite przez Hiszpana.

Słabo od początku do końca spotkania grał Salomon Kalou. Z jednym małym wyjątkiem, przebłyskiem, ale o tym potem. W pierwszej części gry był bezbarwny, mało aktywny, piłkę przy nodze miał rzadko, zagrożenia nie stwarzał w ogóle. Jak już tę futbolówkę przy nodze miał, to rzadko próbował wejść w drybling, akcje zakończyć uderzeniem.

No i tak nam ta pierwsza połowa zleciała. Bardzo szybko, bo było naprawdę ciekawie. Jak to trafnie podsumował na końcu pierwszej części gry komentator N - sportu: "Plusik dla piłkarzy Jesusa za walory artytsyczne".

Drugą część zdecydowanie lepiej zaczęli gospodarze. To oni od początku atakowali, stwarzali pod bramką Petra Cecha bardzo groźne sytuacje. Portugalczycy podeszli bardzo wysoko, Chelsea nie miała swobody w rozegraniu. Nie raz mieliśmy do czynienia z sytuacją, że piłakrze The Blues wyprowadzają piłkę, ta już jest na kole środkowym i - wskutek wysokiego pressingu gospodarzy - po wymienieniu kilku podań, znowu gracze Di Matteo są zmuszeni do wycofania piłki do własnego bramkarza, który daleko tę piłkę musi wybić.

Zespół Di Matteo nastawił się w drugiej części na grę z kontry. Ale też, o czym nie można zapominać, kapitalnie się bronił. Defensywa Chelsea była świetnie zorganizowana, popełniała mało błędów, odległości między poszczególnymi piłkarzami były odpowiednie, była  ścisła dyscyplina, jeśli chodzi o tę formację. Wielkie pochwały na pewno należą się parze środkowych obrońców The Blues, którzy w defensywie spisywali się naprawdę świetnie. Bardzo pewnie.

W końcu, w 75 minucie gry, gdy do wejścia szykował już się przy linii bocznej Didier Drogba, pojedynek na skrzydle wygrał Ramires, podał do Torresa, ten ładnie ruszył i doskonale dograł do Kalou, który spokojnie wykończył akcję trafieniem do siatki. To był właśnie ten wspomniany przebłysk, a właściwie dołożenie nogi, ale gol w LM to jednak gol w LM. A Drogba, który stał przy linii bocznej, został po tym trafieniu przez Di Matteo cofnięty i na boisko nie wszedł w ogóle.

Benfica chciała odpowiedzieć. Szybko zaczęła atakować, znowu stwarzała pod bramką Cecha niemałe zagrożenie, ale na nic się to zdało, bo podopieczni Di Matteo bronili się świetnie. Bardzo dobrze się przesuwali, względem rywali świetnie ustawiali, a zacięte i bardzo ciekawe spotkanie na pięknym Estadio da Luz dobiegło końca.

Wypada poświęcić także osobny akapit Fernando Torresowi. Bramek strzela mało, niemal w ogóle, ale  gdy niedawno dwukrotnie strzelił w Pucharze Anglii z Leicester, wydawało się, że nastąpi przełamanie, że w końcu El Nino zacznie strzelać. Minęły trzy kolejne spotkania, a Hiszpan w nich bramki nie zdobył. Niedobrze. Ale należy zwrócić uwagę na to, co on daje zespołowi. Były zawodnik The Reds ciągle jest pod grą, wychodzi na pozycję, próbuje dryblować, kiwać, strzelać, podawać. Jest aktywny. Pracuje na korzyść zespołu. Wczoraj zaliczył trzynastą asystę w sezonie. To o czymś świadczy i na pewno to nie jest tak, że Hiszpan jest w jakimś wielkim kryzysie. Nie, jego gra wygląda dobrze. Nawet bardzo dobrze.

Przed rewanżem zdecydowanym faworytem jest Chelsea i sądzę, że Benfica raczej większych szans na awans nie ma. Myślę, że The Blues to ekipa zbyt doświadczona, ograna, w tego typu bojach zaprawiona, by dać wydrzeć sobie ten awans. No i jeszcze motywacja ekipy z Londynu. Oni nie grają tylko o prestiż, myślę, że tam, w Londynie, wciąż jeszcze wierzą w wygranie Chmpions League, to byłby ogromny sukces, a zarazem automatyczna możliwość startu w LM w przyszłym sezonie, a przecież w Premier League Chelsea może mieć problemy z wywalczeniem "top four". Ba, ona już ma z tym ogromne problemy. Ale to jest futbol, wszystko jest możliwe i to jest właśnie piękno tego sportu. 

14:44, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 marca 2012
Wypalona Wisła

Wisła Kraków wczoraj kolejny raz straciła punkty w naszej ekstraklasie. Mistrzostwo coraz bardziej się oddala, zaraz stanie się sprawą fikcyjną, wręcz nierealną, a w ogóle do europejskich pucharów krakowianom także coraz dalej. Michał Probierz na razie gry mistrzów Polski nie odmienił i myślę, że w tym sezonie nie będzie już potrafił tego zrobić.

 

Biała Gwiazda w tym sezonie to jest ekipa, która nie ma, najzwyczajniej w świecie, stylu. Przyznaję, że był taki moment, bodajże po słynnym, wygranym przez krakowian meczu z Twente, że w tę drużynę uwierzyłem. Kazimierza Moskala, jako trenera, zacząłem cenić. Wierzyłem, że będzie on w stanie zbudować w Krakowie drużynę nie tylko wygrywającą, ale też na miarę mistrza Polski grającą. Tak nie było. Wisła w tym sezonie podobać mogła się chyba tylko w nielicznych spotkaniach, a generalnie gra Białej Gwiazdy ogranicza się do pojedynczych szarpnięć Ilieva czy Meliksona lub często przypadkowych sytuacji Bitona bądź  Genkova.

 Michał Probierz też ekipy spod Wawelu nie odmienił. Wciąż gra wygląda słabo, pełno w niej niedokładności, głupich strat, a w większości spotkań o większą ilość sytuacji bardzo ciężko. Grają wiślacy bardzo statycznie, nie ma tego przecież niezwykle istotnego ruchu do piłki,  nie ma myślenia: podaje, wychodzę na pozycję, dostaje piłkę i tak dalej.

Statystycznie także to nie wygląda najlepiej. Obecni podopieczni Michała Probierza strzelili w tym sezonie w ekstralasie zaledwie 22 bramki, więcej strzeliło aż dziewięć innych zespołów naszej, bardzo słabej przecież, ligi. To świadczy o słabej grze w ofensywie drużyny z Krakowa. Piłkarze, wydaje się, naprawdę na nasze warunki dobrzy, nie potrafią ze sobą odpowiednio współpracować.

Moim zdaniem, przyczyną obecnego stanu rzeczy w ekipie spod Wawelu jest  polityka transferowa panująca przy Reymonta. W składzie pełno obcokrajowców. Jednak głównie nie są to zawodnicy, którzy dają taką rzeczywistą, dużą jakość ekipie mistrza Polski. Przeważają tam przeciętniacy, piłkarze często już wypaleni, którzy kiedyś grali na niezłym poziomie, ale obecnie są po prostu zawodnikami już słabymi. W tym sezonie trzeba się ratować tym co jest, w naszej lidze mogą ci zawodnicy coś tam osiągnąć, być w tej czwórce, trójce, ale moim zdaniem bardzo przydałaby się tutaj latem rewolucja. Tak, to duże słowo. Michał Probierz mówił niedawno, że na rewolucjach się ginie. Ale, w mojej opinii, w Krakowie ona jest niezbędna. Może nie mam na myśli tutaj wymiany całej drużyny, ale kilku graczy z pewnością bym odstrzelił. Jaliens, Lamey, Nunez, Jirsak, Diaz, Palijć, może Garguła to naprawdę nie są zawodnicy na miarę mistrza naszego kraju, a to oni często wychodzą w podstawowym składzie Białej Gwiazdy. 

Bogusław Cupiał powinien latem naprawdę sypnąć groszem, ale, myślę, że jego ludzie powinni przede wszystkim monitorować postępy poszczególnych piłkarzy w naszej rodzimej lidze, a jeśli chodzi o zagranicę to, według mnie, nie powinni może kupować nastolatków jak Arsene Wenger w Arsenalu, ale powinni ściągać mimo wszystko graczy w miarę perspektywicznych. Nie staruszków typu: Jaliens, Lamey, ale graczy w wieku 20 – 27 i przede wszystkim, muszą prezentować odpowiednią jakość. Uważam, że trochę takich piłkarzy na świecie jest i wielu z nich chętnie przejdzie do takiej ekipy jak Wisła.

Latem, Cupiał powinien Probierzowi dać czas, dać szansę zbudowania tutaj dobrej ekipy.

Powiecie, że takich rewolucji było w Krakowie już wiele. Zapytacie: co one dały? Nic nie dały. Ale nie chodzi mi o takie zmiany jakie były poprzedniego lata. Chodzi mi o zupełne zmienienie polityki transferowej. O zmiany, ale rzeczywiście podnoszące jakość tej ekipy, a nie tylko średnią wieku. 

W końcówce bieżącej kampanii Wisła musi rzucić wszystko na jedną szalę, walczyć, może pokazać, że się mylę. Teraz styl nie jest szczególnie istotny, ważne są punkty.

 

 

19:11, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2012
Horror na Stamford Bridge

 W środę byliśmy świadkami naprawdę kapitalnego spotkania na Stamford Bridge. Chelsea, pokonując po dogrywce 4:1 włoskie Napoli, awansowała do ćwierćfinału Champions League, mimo iż zadanie miała wcale niełatwe, bo przecież pierwszy mecz, na Stadionie św. Pawła, przegrała 1:3.

 

Tak jak przewidywałem przed spotkaniem, Napoli „autobusu” przed swoim polem karnym nie postawiło. Nie, nie ta drużyna, nie taki trener jak Mazzari. Jak się spodziewałem, ekipa z Neapolu wyprowadzała dużo szybkich ataków i tym samym stwarzała sobie wiele sytuacji pod bramką Cecha.

Od początku przewagę w środku pola miała Chelsea, także dzięki Ramiresowi, który mimo iż nominalnie był ustawiony na skrzydle, to często widzieliśmy go też w środku. Ale Napoli bardzo groźnie kontratakowało i właściwie, w okresie czasu między 10 a 28 minutą, to Napoli miało znacznie więcej sytuacji, mimo iż posiadanie piłki było na korzyść Chelsea. To właśnie te szybkie ataki wieloma zawodnikami stwarzały dużo szans dla drużyny Mazzariego.

Mimo wspomnianej przewagi w środku, Chelsea na początku szło dość topornie. Budowali każdą kolejną akcje londyńczycy powoli. Mozolnie. Brakowało tego ruchu z przodu. Ale w końcu, w 28. minucie kapitalną centrą popisał się Ramires, a klasę pokazał Drogba, uderzając głową, w niełatwej sytuacji. Właśnie, Drogba. On w tym spotkaniu pokazał, że szybkość już nie ta, w wielu sytuacjach przegrywał pojedynki biegowe, pod względem fizycznym to już nie był ten sam Drogba, co jeszcze dwa, trzy lata temu, ale pokazał też, że gdy ma piłkę przy nodze, to potrafi on z nią zrobić niemal wszystko. A oprócz tego ma taką łatwość dochodzenia do sytuacji bramkowych, ten instynkt strzelecki, tak u piłkarza przedniej formacji przecież istotny.

Po tej bramce, w okamgnieniu przewagę na boisku osiągnęła Chelsea, a goście mieli coraz mniej sytuacji. Chelsea nacierała i wreszcie, na początku drugiej części gry, Terry, po wrzutce Lamparda z rzutu rożnego, wpakował piłkę głową do bramki.

Zawodnicy Di Matteo po tej bramce przestali grać już tak wysoko, a zaczęli bardziej defensywnie. Zbyt długo tak nie wytrzymali, bo już osiem minut po bramce kapitana The Blues, pięknym strzałem Petra Cecha pokonał Gokhan Inler.

Londyńczycy dużo atakowali, ale warto zwrócić uwagę, w przekroju całego spotkania, na grę The Blues w defensywie. Grali podopieczni Di Matteo, jeśli chodzi właśnie o obronę, bardzo mądrze. Była ta taktyczna dyscyplina, nikt, żaden z piłkarzy gospodarzy dzisiejszego spotkania nie patrzył na siebie, tylko na zespół. W defensywie była odpowiedzialność za siebie, była dobra asekuracja, były nieduże odległości między zawodnikami. Oczywiście, błędy się zdarzały, co piłkarze Napoli potrafili skrzętnie wykorzystać i stworzyć sobie sytuację.

W 75 minucie po ręce w polu karnym Dosseny, do "jedenastki" podszedł Frank Lampard. Powiem szczerze, nie chciałbym być w tamtej sytuacji w jego skórze. Miał na sobie ciężar ponad 40 tysięcy ludzi na Stamford Bridge, całej swojej drużyny i mnóstwa widzów przed telewizorami. Taka odpowiedzialność. Ale podszedł i - jak on to potrafi - strzelił na pełnym spokoju, bardzo mocno w róg bramki. 3:1 oznaczało dogrywkę.

Na początku dodatkowych 30 minut przeważali londyńczycy. Miał sytuację bardzo dobrą Torres, ale, jak to on ma ostatnio w zwyczaju, nie wykorzystał jej. Strzelił za to Ivanović, po kapitalnym podaniu Drogby. Do końca meczu to Napoli starało się atakować, ale tego skutkiem nie było dużo sytuacji, bo jak już wspominałem Chelsea świetnie się broniła. Zawodnicy The Blues bardzo dobrze się ustawiali, asekurowali. I tak, w 122. minucie Felix Brych zagwizdał po raz ostatni, co oznaczało awans Chelsea.

Jednym z bohaterów na pewno Ivanović. Ale, według mnie, nie tylko dzięki strzelonej bramce, bo w ogóle, w przekroju całego meczu, jego gra wyglądała naprawdę bardzo dobrze. W wielu sytuacjach dobrze podłączał się do ofensywy, stwarzał zagrożenie. Potrafił rozpędzić się z piłką, wejść w drybling, nieźle dośrodkować czy też wyprowadzić futbolówkę z własnej połowy. Już w meczu ze Stoke zagrał świetnie, także jeśli chodzi o defensywę. Dzisiaj w obronie także bardzo poprawnie.

In minus zaskoczył mnie Ashley Cole, który był na tej swojej lewej flance bardzo mało aktywny. W defensywie to nie wyglądało źle, ale Cole'a wcześniej kojarzyliśmy chyba również ze świetnej gry w ofensywie, z podłączania się do akcji ofensywnych, stwarzania zagrożenia pod bramką rywali. W meczu ze Stoke też łatwo było zaobserwować to, że Anglik w ofensywie nie szaleje. Nie wiem, co jest przyczyną tak, można by rzec, zachowawczej postawy Ashley'a, jeśli chodzi o grę do przodu.

Samo spotkanie było bardzo płynne, toczyło się w dobrym, szybkim tempie, oczywiście w końcowej fazie meczu było już więcej gry na czas. Ale to we współczesnym futbolu norma. Jednak – jak słusznie zauważył komentator – to nie była dogrywka z cyklu "Czekamy na karne".

Wypada też napisać coś o trenerze The Blues. My się tak zastanawiamy, kto przyjdzie do Londynu na ławkę trenerską po sezonie, wymieniane są duże nazwiska, są ciągłe spekulacje prasowe. Ale wydaje mi się, że latem niekoniecznie na SB trzeba będzie zmieniać trenera. W trakcie spotkania i po nim, widać było tę więź między trenerem a zawodnikami. W ekipie The Blues teraz się naprawdę dobrze dzieje. Trzy wygrane z rzędu, awans do kolejnej rundy Pucharu Anglii i Champions League. Naprawdę, myślę, że Di Matteo może tutaj zbudować bardzo ciekawą ekipę. Oczywiście nie sugeruje, że tak będzie, bo nie raz się już na podobnych sytuacjach przejechałem. Myślę jednak, że to spotkanie, w którym The Blues pokazali nie tylko dobrą piłkę, ale także walkę, charakter, może być dla ekipy z Londynu przełamaniem. 

Mecz w Londynie, tak jak już wspominałem, był naprawdę świetnym widowiskiem. Oby więcej takich spotkań. Jutro losowanie par ćwierćfinałowych.

14:42, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Daniel Flak

Utwórz swoją wizytówkę W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Miałem wtedy 6 lat. Od tego czasu trenuje i gram w klubie. Od pewnego czasu piszę też na blogu, co jest moją pasją, lecz traktuję to poważnie i w przyszłości fajnie by było zostać dziennikarzem sportowym. No to pozostaje mi zaprosić was do czytania mojego bloga, mam nadzieję, że warto :)