Futbol i nie tylko okiem nastolatka z Częstochowy
Kategorie: Wszystkie | T - Mobile Ekstraklasa
RSS
wtorek, 07 listopada 2017
Subiektywnie o minionym tygodniu (2)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Bartek Kapustka w końcu zagrał w podstawowej jedenastce Freiburga. Niezmiernie ucieszył mnie ten fakt, ponieważ mówimy o jednym z największych polskich talentów ostatnich lat. Zanim wyemigrował na Wyspy, by tam wzbogacić portfel i zatracić formę, imponował nie tylko niezłą techniką i preczyzyjnym strzałem. Miał w sobie coś więcej. Ikrę, błysk, a to charakteryzuje kandydatów na piłkarzy naprawdę klasowych, wyrastających ponad przeciętność, wybijających się z tłumu innych wyrobników. Zawsze podobała mi się jego zadziorność, nigdy nie odpuszczał i potrafił dobrze chronić piłkę.


Dlatego też podwójnie bolał mnie sposób, w jaki nasz bohater poprowadził swoją karierę. Leicester był skokiem na zdecydowanie zbyt głęboką wodę. Freiburg, średniak niemieckiej Bundesligi, wydawał mi się niezłym klubem na odbudowanie i zaistnienie w poważnej piłce, lecz - jak wiemy - rzeczywistość początkowo okazała się nieco brutalna. Fajnie, że po kilku miesiącach siedzenia na ławce, Kapustka w końcu dostał szansę. I, co najważniejsze, wykorzystał ją w stu procetnach. Może nie brylował na tyle, by po jednym spotkaniu wieszczyć mu rychłe przenosiny do monachijskiego Bayernu, ale jego występ śmiało można uznać za udany powrót do świata żywych.


Początkowo partnerzy ewidentnie unikali zagrań do Kapustki, szukając innych rozwiązań. Polak, choć od początku sprawiał niezłe wrażenie, nie wyglądał na gościa napakowanego pewnością siebie. Strzelił jednak pięknie w poprzeczkę, po czym ewidentnie nabrał wigoru. Nie bał się wchodzić jeden na jeden, od czasu do czasu zagrał ryzykownie - ale zwykle skutecznie. Mógł zaliczyć dwie asysty, ale jego dograń nie wykorzystał Nils Petersen, który tego dnia zachowywał się niezwykle nieporadnie. Co jednak jeszcze istotniejsze, były piłkarz Cracovii nieźle pokazał się także ze strony gry w destrukcji, o co przecież tak bardzo zalegał Streich. Niestety, jeden jedyny raz spóźnił się do Caligiuriego. Miał pecha. Padł gol.


Jednak w barwach gości sobotniego spotkania sprawiał najlepsze wrażenie. Strasznie, muszę przyznać, drętwi ci gracze Freibruga...patrząc na rywali Bartka i ich poziom sportowy nie sposób nie odnieść wrażenia, że "Kapi" ma potencjał, by być od nich jakieś siedem razy lepszy. Lecz przecież chodzi tutaj przede wszystkim o regularność i powtarzalność. Szansa przyjdzie na pewno, jestem niemal przekonany, że już w najbliższym spotkaniu. Jednak - jak to mawiał mój były trener - "cały wic polega na tym", by Kapustka zagrał przynajmniej na takim poziomie, jaki prezentował w meczu z Schalke. A wtedy o kolejne występy zbliżające go do występu w Rosji i kierujące jego karierę na odpowiednie tory, będzie znacznie łatwiej niż dotychczas.

***

Korona Lettieriego w tylnej części ciała ma wszelkie przedsezonowe prognozy i pieniądze bukmacherów, jadąc z kolejnymi rywalami jak z furą gnoju. Po maskarze w Gdańsku, kryska przyszła też na Matyska i spółkę. Śląsk, niedawno tak przecież wychwalany, nie miał nic do powiedzenia w starciu z armią Złocisto - Krwistych. Każdy krytykował nowego szkoleniowca Korony, śmiał się - że tak to ujmę - z "afery klapkowej", a on po prostu chciał zostawić sobie tych, którzy będą w stanie się podporządkować. Bo wiemy, jak to w piłce jest. Jeśli w życiu nie jesteś punktualny, i na boisku będziesz się spóźniał. A jeśli nie potrafisz słuchać poleceń trenera dotyczących kwestii organizacyjnych, to i potem głęboko w nosie będziesz miał wskazówki dotyczące taktyki. Szkoleniowiec ma swoje zasady, a w naszym smiesznym kraju śmiechy chichy i pytania: z czego on robi problem, ten wielki trenerzyna z Regionalligi?


Już nikt nie płacze po Palance. Błyszczy Kaczarawa, nieźle prezentują się Soriano i Cvijanović. Rymaniak grywa tak, jakby przypomniał sobie czasy, gdy dostawał szansę w reprezentacji, a Możdżeń w końcu pokazuje znamiona dużego talentu. Szkoda, że Żubrowski nie jest jakieś pięć lat młodszy, bo gdyby nie fakt, że ma za sobą już dwadzieścia pięć wiosen, to myślę, że kielczanie mogliby nieźle na nim zarobić.


Ale spokojnie, nie miejcie mnie za idiotę. Nie wszystko co dzieje się w polskiej "stolicy mody" (i pustych trybun) jest takie kolorowe. Niestety, oprócz kilku trafionych nazwisk, ściągnięto też zgraję kopaczy "po znajomościach" typu Burdenski czy Gardawski...I to akrat świadczy o poważnej chorobie tego klubu. I polskiej piłki.

***

Było o Koronie, to może też parę słów o ich przeciwnikach. Będzie krótko. Nie zamierzam rozwodzić się nad wiekiem poszczególnych graczy zespołu z Dolnego Śląska i związanych z nim brakiem perspektyw na kolejne lata. Myślę jednak, że parę słów należy się trenerowi Urabanowi. Choć wydaje mi się, że były szkoleniowiec min. warszawskiej Legii jest przesympatycznym i równym gościem, to niestety niesposób nie wyciągnąć kilku negatywnych wniosków z jego dotychczasowej kariery. Ba, powiem więcej, tych złych wydarzeń w przygodzie Urbana z trenerką jest znacznie więcej niż tych pozytywnych.

- Ale miało być krótko!

No tak, zapomniałem się...Nie widziałem jeszcze, aby jakikolwiek zespół prowadzony przez Urbana prezentował choćby zalążki wypracowanego stylu gry. Nie dostrzegłem też, by którykolwiek osiągał satysfakcjonujące wyniki w dłuższej perspektywie, gdy juz nie można było jechać jedynie na dobrej atmosferze. Dla mnie Urban się sprawdza, ale tylko jako ratownik. Na dłuższą metę nie gwarantuje jakości. Kropka.

***

Bayern bez problemu rozprawił sie z Borussią i pokazał, że u nich chyba już wszystko wraca do normy. Heynckess przyszedł i posprzątał, choć sama gra nadal nie spełnia oczekiwań fanów z Allianz Areny.

 Lewandowski strzelił oczywiście swoją jedenastą ligową bramkę w sezonie, ale na spokojnie mógłby dołożyć jeszcze ze dwie. Nie wiem z czego to wynika, ale Robert od kilku tygodni, choć nie gra wcale wyjątkowo źle, jest nieco pod formą. Odpoczął w tygodniu, siedem dni wcześniej z Lipskiem zaliczył jedynie 45 minut, więc myślałem, że na Dortmund wyjdzie najlepiej naoliwiona i sprawna wersja naszej maszyny. Polak jednak wydawał się nieco zagubiony w sytuacjach, które zwykł wykorzystywać z zimną krwią. Zapewne to chwilowy dołek, lecz nieco martwi fakt, iż Robert tak bardzo narzeka na zmęczenie. To z jednej strony normalne, wbrew temu co napisałem kilka linijek wyżej, to dalej tylko i wyłącznie człowiek - nie robot. Lecz mając w pamięci myśl o zbliżających się Mistrzostwach Świata, musimy mieć nadzieję, że w Monachium będą na niego chuchać i dmuchać.

A jak już jesteśmy przy "Der Klassiker", to możecie uznać mnie za zbyt śmiałego w swoich opiniach, ale nic na to nie poradzę i podaję trzy słowa-klucze: Pulisić, 2020, Złota Piłka. Róbcie screnny.  

 

PULI
 

00:04, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 września 2017
Wracamy na ziemię

Witamy z powrotem na ziemi, Polacy. Spotkanie z Danią w Kopenhadze zapewniło nam powrót do starych koszmarów. Po nieudanych młodzieżowych mistrzostwach Europy, pucharowej degrenoladzie naszych klubów, nawet pierwsza reprezentacja nie potrafiła choć odrobinę osłodzić nam tych gorzkich miesięcy.


Tak grającej kadry (choć słowo "grającej" zostało użyte nieco na wyrost) nie pamiętam od tragicznych eliminacji do mundialu w RPA. Spodziewałem się, że na Parken czeka nas trudne spotkanie, remis brałbym w ciemno, ale chyba nikt nie brał pod uwagę porażki różnicą czterech bramek. A już na pewno nie znaleźliby się śmiałkowie, którzy uwierzyliby, że w takim wyniku nie ma grama przypadku. 
Duńczycy wyszli na to spotkanie niezwykle naładowani. Biegali, szarpali, stale pokazywali się do gry, nie bojąc się pojedynków jeden na jednego. Gdy zachodziła potrzeba, grali faulem. Agresywnie. Doskakiwali bardzo wysokim pressingiem, czego efektem były ogromne problemy naszej kadry w sferze wyprowadzenia piłki. Jedna z bramek padła zresztą wskutek fatalnego podania Kamila Glika, po bardzo agresywnym doskoczeniu do stopera Monaco przez Christiana Eriksena.


Byliśmy słabsi w każdym elemencie. Duńczycy imponowali grą w kompakcie, byli kapitalnie zorganizowani, blisko siebie, zawężali, doskakiwali kilkoma piłkarzami, a my nie mieliśmy pojęcia, co z owym fantem zrobić. Nie potrafiliśmy zmienić strony. Tercet Deleaney - Kvist - Eriksen kompletnie zdominował środek pola.


Każdy z podopiecznych Age Heraide był dzisiaj napakowany pewnością siebie. Świetnie grał Joergensem, z którym - dopóki przebywał na boisku - nie radził sobie nawet Łukasz Piszczek. Cornelius - PRZEKOT, kapitalnie grał tyłem do bramki, a Pazdan, który w zamyśle miał go schować do szafy, zaprezentował się tak, jakby sam do tej szafy wszedł i nie miał ochoty wychylać z niej głowy. Sisto szarpał, udanie dryblował i strzelał. No i wreszcie słowo o strzelcu najpiękniejszej, czwartej bramki. Christian Eriksen, bo o nim tu mowa, pokazał nam dobitnie, na jakiej podstawie wielu ludzi uważa go za jedną z lepszych "dziesiątek" na świecie. Narzucał tempo gry, imponował kreatywnością, miał taki pozytywny luz, który cechuje najwybitniejszych. Z naszej strony jego vis a vis był Zielińśki. A właściwie to miał nim być, bo momentami nie pokazywał nic. Jak już przyjmował piłkę nie był w stanie wymyślić niczego konstruktywnego. Spróbował pociągnąć indywidualnie w poprzek boiska - strata. Rzucił, wydawać by się mogło, bardzo prostą, górną piłkę do Grosika - aut. Chciał zagrać szybciej z Lewandowskim - niedokładne podanie. Pomocnik Napoli znalazł się dzisiaj na karuzeli błędów i fatalnych decyzji. Oby tylko szybko ją opuścił, bo posiada ogromne umiejętności i trzeba od niego wymagać. Dzisiaj fizycznie silni Duńczycy zjedli go na śniadanie, a nam przypomniał się jego mecz z Ukrainą na Euro.


Najbardziej boli mnie jednak fakt, że nasi piłkarze grali trochę tak, jakby im się nie chciało. Zabrakło walki, zaangażowania. Nikt, nawet Lewandowski, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności na swoje barki. Brakło pozytywnego sygnału od któregoś z piłkarzy. Impulsu. Widzę tutaj analogie z naszymi siatkarzami przegrywającymi ze Słowenią. W Ergo Arenie już w trakcie drugiego seta podopieczni De Giorgiego grali tak, jakby byli pogodzeni z porażką. Dzisiaj, w Kopenhadze, pogodzeni byliśmy chyba jeszcze przed przerwą. Pal licho, że nie szło nam z piłką, brakowało pomysłu...okej, ale wtedy - jak tak bardzo nie idzie - należy dać z wątroby jeszcze więcej. A obawiam się, że wspomniany narząd nie był przez naszych piłkarzy choć w najmniejszym stopniu obciążony.


Zabrakło - moim zdaniem - także szybszej reakcji z ławki. Grając tak fatalnie, dlaczego Adam Nawałka czekał z wprowadzeniem Milika aż do 60 minuty, a będącego w gazie Makuszewskiego wypuścił na plac jeszcze później? Przecież to było widać, że pierwsza jedenastka nie daje nam dzisiaj minimum perspektyw na odwrócenie losów meczu. Inna sprawa, że wejście wspomnianej dwójki nie odmieniło naszej gry, lecz na pewno najlepszą reakcją nie jest brak reakcji, przy całym szacunku dla osiągnięć trenera Nawałki.
Osobny akapit należy też poświęcić osobie Roberta Lewandowskiego. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś naszego napastnika tak skutecznie zamknął w klatce i odciął od gry (a oglądam, żeby nie skłamać, jakieś 95 procent jego meczów). Był kopany, ale co gorsza - przegrywał pojedynki, rzadko dochodził do piłki. Zwykle, gdy rywale aż tak bardzo się na niego upierali, potrafił wywalczyć wolnego, przytrzymać choć przez chwilę tę piłkę. Dzisiaj tego brakło. Zaskakuje też fakt, że dzisiaj to nie był Lewy głodny zwycięstwa, z pianą na ustach. To był gość bez wiary, jak inni. Odcięty od podań, kompletnie zrezygnowany.


Cała trójka z Legii, o której formę tak niesamowicie drżeliśmy, pokazała całkowitą słuszność naszych obaw. Niektórzy twierdzili, że przecież oni często przeciętnie prezentują się w klubie, a przyjeżdżają na kadrę, są otoczeni przez innych piłkarzy i wskakują - jak to było w reklamie z Leo Messim - na jakiś zupełnie inny poziom. Jednak pewnych faktów nie da się oszukać, jeśli Jędrzejczyk czy Pazdan są fatalni na tle Górnika Zabrze, nie nakryją nagle czapką Christiana Eriksena.


Zwykle, jeśli piszę o kadrze, to staram się większość zawodników ocenić, napisać coś więcej o ich grze. Dziś nie ma to większego sensu. Nic nie funkcjonowało na odpowiednim poziomie, wszyscy zagrali niezwykle słabo. Jednak szczerze mówiąc, wydaje mi się, że był to jedynie wypadek przy pracy i przede wszystkim lekcja pokory. Dostaliśmy gong, który - tak sobie myślę - sprawi, że na nowo się obudzimy. Z Kazachstanem przydałoby się gładkie zwycięstwo, wysokie, na sportowej złości, a wtedy wszystko powinno wrócić na odpowiednie tory. Bo nie sądzę, by tak nagle mogło dojść do zepsucia mechanizmu maszyny zbudowanej przez architekta Nawłkę...

11:45, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Subiektywnie o minionym tygodniu (1)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.


Za nami "Mecz Meczów", Derby Europy, El Clasico (po latach użytkowania tylko termin "Gran Derbi" wypada z obiegu, bo - jak słusznie i szumnie zarazem zauważył polski Twitter - to określenie derbów Sevilli). Meczycho to było takie, że ręce same składały się do oklasków. W drugiej połowie można było odnieść wrażenie, że niedługo nawet kamera nie nadąży nad zwrotami akcji. Okazało się jednak, że nie nadążył tylko sędzia, ale popisy Hernandeza Hernandeza w porównaniu do tych Victora Kassaiego sprzed paru dni, to zwykły pikuś. W końcu chodziło tylko o niepodyktowany rzut karny na Ronaldo, a także sytuację z nieodgwizdanym spalonym Portugalczyka, lecz na szczęście - zgodnie z duchem fair play - bohater akcji przegrał pojedynek z niemal pustą już bramką).


Nawiązując jeszcze do sędziowania, to mimo wszystko czasami jest mi autentycznie żal arbitrów sędziujących mecz stojący na wysokiej intensywności. Jeszcze niedawno słychać było głosy w stylu: "czego jak czego, ale akurat sędziów to my się w Polsce nie musimy wstydzić; wystarczy spojrzeć na liczbę pomyłek w La Liga i ekstraklasie". No tak, wszystko niby się zgadza, jednak obawiam się, że gdyby ekipa  Mariusza Złotka ze Stalowej Woli miała posędziować spotkanie pomiędzy Realem a Bayernem, to jednak również nie wystrzegałby się pomyłek. No bo pomyślcie, jak ten biedny chłopaczyna z chorągiewką ma nadążyć za pędzącym między defensorami Marcelo? To normalne, że był spóźniony i nie zdołał wyłapać oczywistego przecież ofsajdu. Dlatego VAR jest koniecznością. Może trochę smutną, bo jednak czasami spowalniającą grę i decyzję arbitra, ale jednak konieczną dla czystości i SENSU tego sportu.
Odbiegając od tematu sędziów, najbardziej mi żal, że w Klasyku swojej szansy nie dostał będący w świetnej formie Isco. To przecież żywe sreberko, artysta, ale przy okazji konkretny pomocnik wykręcający niezłe liczby. Niestety, przy okazji takich meczów może co najwyżej rozpalić grilla na ławce rezerwowych. Podobnie jak mega-talent Kovacić, jeszcze większy zdolniacha w osobie Asensio czy gwiazda mundialu, James. Real się cieszy, ma najlepszą ławkę na świecie, tylko tych chłopaków szkoda...Mogliby być idolami, a w najważniejszych spotkaniach są zazwyczaj tylko ozdobami (i nie zmieni sytuacji Jamesa jego świetna zmiana, jedynie Asensio ma realne szanse wkroczyć na stałe do pierwszego składu).


W pierwszej jedenastce zagrał Bale, ale - jak wiecie - znowu złapał kontuzję i zszedł przedwcześnie. A ja mam tylko pytanie do Zidane'a i spółki, czy po urazie od razu wchodzi się na najwyższe obroty czy jednak czasami potrzeba trochę czasu na dojście do odpowiedniej dyspozycji i siły mięśniowej? Bo Walijski gwiazdor dobrze się nie wyleczy, a już łapie kolejną kontuzję...
***
Nurtuje mnie sytuacja Mariusza Stępińskiego. Chłopak jest niewątpliwie utalentowany, "ma gola", niezłe umiejętności, a właśnie notuje drugie bolesne zderzenie z zachodnią rzeczywistością. Jego transfer do Norymbergi był pozbawiony większego sensu, to oczywiste. Jednak przejście do Nantes wydawało mi się decyzją, która posiadała ręce i nogi. Odnosiłem wrażenie, że napastnik Ruchu jest gotowy na wyjazd. Nabrał masy mięśniowej, nie był już tym chucherkiem, który odbijał się od większości ekstraklasowych piłko - wybijaczy. Początkami we Francji rozbudził apetyty, ale przyszedł "Prezes" Nakoulma i szybko wybił mu piłkę z głowy. W tej kolejce przaśny obywatel Burkina Faso mógł zając się swoimi ulubionymi czynnościami ("lubię grać na plejstejszon i czytać książki"), wszak pauzował za kartki. Stępiński jednak wszedł tylko na minutę.....


Szkoda, bo mam wrażenie, że należy do gości z prawdziwą ambicją i głową na karku, a zaraz jego przygoda na zachodzie może zacząć przypominać tę Artura Sobiecha.
***
"Waldek King" opuścił Cichą. Nad Ruchem wisi widmo spadku tudzież nieuzyskania licencji na kolejny sezon.  Ale jak to w tego typu sytuacjach bywa, zwłaszcza rzecz tyczy się polskiego podwórka, że jak nie płacą i wszyscy wokół wytykają palcami, to drużyna się jednoczy i odnosi wynik ponad stan. Przypomnę tylko Polonię Warszawa czy znakomity sezon ŁKS-u chwilę przed spodziewaną utratą licencji. Nie wiem, czy tak będzie również w przypadku "Niebieskich", wszak odejście Fornalika świadczy o dramatycznej sytuacji wewnątrz klubu i szatni, że nie wspomnę już tutaj o odmowie wyjścia na trening ze strony zawodników czy dążeń Patryka Lipskiego do natychmiastowego rozwiązania kontraktu z winy klubu.


Załóżmy jednak, czysto hipotetycznie, że Ruch utrzymuje się w ekstraklasie. Dajmy na to, że otrzymuje nawet kolejną warunkową licencją na grę w "elicie". I chyba każdy wie, jak ta historia potoczyłaby się dalej....
....narastające długi, stadion coraz mniej nadający się do użytku, kolejne limity dotyczące płac. Wkrótce pewnie spadek, być może totalna rozmiana na drobne w stylu bytomskiej Polonii. Oczywiście istnieje też możliwość, że znajdzie się bogaty właściciel, który kupi klub i ustabilizuje sytuację. Ale, już tak zupełnie serio,  ktoś w to jeszcze wierzy? Las rąk widzę...
 Jaki jest sens ciągnięcia tego obarczonego długami tworu, jeśli wiadomo, że sytuacja nigdy nie pozwoli na skok jakościowy w aspekcie sportowym?


Czy nie lepiej, śladem łódzkiego Widzewa, zacząć od czwartej ligi, ale z pompą, finansową stabilnością i energią ludzi zakochanych w klubie z Cichej (których przecież nie brakuje)? Moim zdaniem tak, lecz przecież nawet przy takim rozwiązaniu niezwykle charakterystyczne jest zjawisko powielania starych błędów, a chyba przecież każdy obiektywny kibic futbolu wie, że liga z mocnym i stabilnym Widzewem, Ruchem, Górnikiem, ŁKS-em i Polonią to produkt znacznie bardziej atrakcyjny. 

22:11, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Odidija wart każdych pieniędzy

Na początku obecnego sezonu miałem przyjemność gościć na meczu Górnika Zabrze z warszawską Legią (przypomnijmy, wygranego w emocjonujących okolicznościach przez drużynę pierwszoligowych gospodarzy). W "sercu Śląska" czuć było atmosferę prawdziwego piłkarskiego święta, lecz mnie szczególnie cieszyła możliwość zaobserwowania z bliska nowych nabytków Legii. Pamiętam swoje odczucia po tym spotkaniu - Langil w moich oczach spisał się całkiem nieźle, natomiast Vadis Odidija Ofoe poruszał się  - parafrazując Jacka Wiśniewskiego -  jakby miał tonę węgla na plecach. Nie biegał, nie walczył, notował mnóstwo strat. Byłem w szoku, bo zawodnika przychodzącego z Premier League przerastało tempo meczu rozgrywanego w ramach Pucharu Polski.


Minęło kilka dobrych miesięcy, a czarnoskóry Belg przerasta naszą ligę o jakieś pięć klas. Wyraźnie schudł, mimo kilogramów masy mięśniowej po boisku porusza się z lekkością i gracją. Magiera ustawił go na pozycji numer "dziesięć" i dał mu swobodę, której Vadis tak bardzo potrzebował. Czasami popracuje w defensywie, czasami mniej, pojawia się niemal w każdym sektorze boiska. Gdy go oglądasz, to widzisz, że jest wychowany w innej piłkarskiej kulturze. Rywal atakuje go z prawej strony, to automatycznie prowadzi piłkę dalszą, lewą nogą. Podstawy. Rzeczy, o których wspomina się w juniorach, ale gdy spojrzymy na naszą ligę, jest to bardzo rzadki obrazek. Wszystko robi na ugiętych nogach. Ale zarazem nie jest Ljuboją, który umiejętności miał niesamowite, lecz miewał mecze, w których wyróżniał się jedynie ekstrawagancką fryzurą i ciągłym przyklękaniem na jedno kolano w celu poprawienia "desek". Odidija pracuje, walczy, jest niezwykle zaangażowany.  


Zarazem jednak każdy jego występ dekorują szeroko rozłożone ręce, pretensje w stosunku do kolegów, a także "fuck off'y" i inne serdeczności rzucane w kierunku arbitra. Nietrudno jednak zrozumieć frustrację Vadisa, wszak odnoszę wrażenie, że nieco dusi się w drużynie Legii. Wiele peanów pochwalnych zostało już w Polsce na jego temat napisanych, ale trzeba zwrócić uwagę na fakt, o ile lepszy mógłby być jego odbiór jako zawodnika, gdyby jego koledzy z Legii byli lepsi. O ile więcej asyst by notował, gdyby najzwyczajniej w świecie miał z kim pograć... Jego partnerzy, poza Miroslavem Radoviciem i Guilherme, nie mają większego pojęcia o grze kombinacyjnej. I wszystko wizualnie wyglądało okej, dopóki wspomniana dwójka była w formie. Legia potrafiła rozmontować defensywy Realu, Borussi czy Sportingu i nieważne, na ile procent skoncentrowani byli ich rywale.


Teraz Odidija się męczy. Lata po całej szerokości boiska, szukając partnerów i uliczek do zagrania piłki. Czeka na sygnał, ruch, jakiś gest, tymczasem mobilność oraz kreatywność Kucharczyka i spółki woła o pomstę do nieba. Jedynie Nagy wydaje mi się zawodnikiem, z którym Belg prędzej czy później powinien znaleźć wspólny piłkarski język.


I właśnie dlatego uważam, że nawet jeśli Odidija chce milion euro za sezon, to Mioduski nawet nie powinien się zastanawiać. Może odmówić sobie jednego, dwóch transferów, byleby tylko Belg pozostał na Ł3....Wnosi wartość, jakiej nie wniosły wszystkie tegoroczne nabytki Legii razem wzięte. A nam pozostaje tylko cieszyć oczy widokiem piłkarza przez duże "P" w ekstraklasie i liczyć, że ten już wkrótce będzie miał więcej kreatywnych partnerów na placu gry. Bo znaleźć drugiego takiego zawodnika, który zechciałby zagrać w ekstraklasie, może graniczyć z cudem.

17:08, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
"Happy futbol" w Dortmundzie...wstydzić się czy cieszyć?

W swoim ostatnim felietonie napisałem, że chciałbym aby Legia w Dortmundzie była blisko rywala, grała agresywnie, mądrze i odpowiedzialnie w destrukcji. Miałem po prostu nadzieję, że Borussia będzie musiała się choć trochę namęczyć, by pokonać zespół mistrza Polski. Tymczasem doskonale wiemy jak szalony scenariusz napisał wczorajszy mecz. I po tym spotkaniu tak naprawdę nie wiem, czy należy się cieszyć ze wspaniałego widowiska, czy jednak odczuwać wstyd związany ze stratą ośmiu goli oraz wyrównaniu niechlubnego rekordu Bate Borysów.


Jacek Magiera zaskoczył już samym składem. Radosław Cierzniak zastąpił Arakadiusza Malarza, i choć nie mam wielkiego przekonania do byłego golkipera Panathinaikosu Ateny, tak już przed meczem przeczuwałem problemy związane z tą roszadą. Mianowicie, bramkarz to przecież najdelikatniejsza i najbardziej odpowiedzialna pozycja na boisku. Nie tyle bałem się słabej dyspozycji Cierzniaka (chociaż ku temu również były przesłanki), ile obawiałem się, że obrona mistrzów Polski mając za plecami kogoś nowego może stracić na pewności siebie. Po drugie primo - komunikacja pomiędzy bramkarzem a linią obrony, której poziom mógł na nagłej zmianie między słupkami znacząco ucierpieć. Inaczej widziałbym tę sytuację, gdyby Cierzniak bronił już od kilku spotkań, dostawał szanse w ekstraklasie, łapał pewność. Tymczasem został rzucony na bardzo głębokie wody, i jak wiemy - utopił się w nich wraz z całą defensywą.


Jestem wśród ludzi, którzy twierdzą, iż lepsza taka porażka niż murowane 0:3. Poza tym wczorajsze widowisko będzie z całą pewnością pamiętane na lata. Legia wniosła trochę folkloru, nam również dostarczyła kilku fantastycznych momentów, kiedy mogliśmy dać ponieść się emocjom. Bramki Prijovicia, potem poprzeczka, po której Weidenfeller wpisał się w klimat podwórkowego grania próbując wybić piłkę przewrotką; gol Kucharczyka, kiwki Radovicia. To są momenty, które pozostaną nam w głowie na lata. Była to najlepsza możliwa reklama piłki nożnej, choć raczej z kategorii tych, w których produkt jest świetnie opakowany, a po otworzeniu zawartości wychodzi na to, że niby wszystko gra, ale jednak wygląda to zupełnie inaczej niż w reklamie. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że wczorajsze 8:4 pobiło rekord goli w jednym meczu LM z 2003 roku. Podobało mi się stwierdzenie Przemysława Rudzkiego, który w swoim pomeczowym felietonie napisał: "to był mecz, w którym jakieś dziecko zakochało się w futbolu".  Legia postawiła na radość z gry i beztroską improwizację w defensywie, tymczasem Dortmund będąc zaskoczony takim obrotem spraw, również przybrał niezwykle radosne usposobienie na wczorajszy wieczór. A że od Borussi, nawet po części rezerwowej, dzielą nas lata świetlne, to skończyło się tak, jak się skończyło.


Co ciekawe, mecze z Legii z BVB przyprawiają mnie o chęć przełączenia się na inny kanał i inny mecz. Chyba nigdy w życiu nie odczuwałem czegoś takiego. Każdą porażkę kadry i naszych klubów w europejskich pucharach przeżywałem bardzo mocno, ale nigdy nie miałem ochoty wyłączyć spotkania. Jednak widząc bezradność legionistów w defensywie i to z jaką łatwością Borussia sobie z nimi poczyna, chciałem przestać na to patrzeć. I choć przetrwałem w całości oba spotkania, to zwłaszcza w Warszawie - zamiast cieszyć się meczem Ligi Mistrzów, tylko się wkurzałem. Jak wspominałem, wczoraj również miewałem tego typu momenty. Gdy Dembele kładł na deski kolejnych rywali, czułem, jakbym sam był przez niego niemiłosiernie ogrywany. Kiedy Kagawa, Reus i Castro, wymieniali klepki na dziesiątym metrze od bramki Cierzniaka, łapałem się za głowę. Różnica tym razem była jednak taka, że ilekroć miałem ochotę zmienić kanał, tylekroć Legia wyprowadzała zabójczą kontrę, która przywracała radość. I o ile można Legie ganić za katastrofalną postawę w defensywie, o tyle trzeba przyznać, że warszawski team od trzech spotkań w Lidze Mistrzów jedzie w ofensywie na niesamowitej fantazji. Radović kręci rywalami, jakby rzeczywiście był na podwórku, Prijović strzela bramkę życia, Guilherme popisuje się piętkami, a Odidija przestawia rywali jak chce. Robią show. We wczorajszym spotkaniu nawet Kuchrczyk sprawiał wrażenie niezłego skrzydłowego. Co jest niezwykle zaskakujące, większość ataków Legii (choć nie ma ich przecież na poziomie Champions League zbyt wiele) śmierdzi golem. A przecież przed startem fazy grupowej wydawało się, że brak kreatywności i błyskotliwości w grze ofensywnej jest największą bolączka tej ekipy.


W Legii podobać może się także fakt, iż  w miarę możliwości próbują wychodzić spod wysokiego pressingu graniem, a nie lagą wprzód (chociaż Borussia gra tak intensywnie i wysoko, że wybicie "na walkę" nie było rzadkim obrazkiem). Nie murują, nie autują, tylko starają się grać w piłkę. Są jakby przeciwieństwem stereotypowego polskiego zespołu w europejskich pucharach. Niezwykle spodobały mi się słowa Jacka Magiery po wczorajszym spotkaniu, który rzucił: - Zagraliśmy odważnie, ofensywnie, bo chcieliśmy tak zagrać. Nakazałem to piłkarzom. A zrobiłem to po to, by ich czegoś nauczyć. To jest tak, jak z dzieckiem, które ma roczek i próbuje się uczyć chodzić. Jeśli się przewróci i nie wstanie, to nigdy się nie nauczy. My też nie. Musimy się kilka razy przewrócić, by się nauczyć.


Powyższe słowa świadczą o tym, że Magiera myśli długofalowo. On wie, ile te spotkania mogą dać jego piłkarzom w przyszłości. O ile doświadczeń będą bogatsi, gdy przystąpią do pucharowych zmagań w kolejnym sezonie. Uczą się grać w piłkę z najlepszymi, nie chcą ograniczać się do przeszkadzania i wybijania. I to jest pięknie, bo na tym polega ten sport. Jednak pamiętajmy, że na końcu zawsze i tak liczy się tylko wynik, więc po spotkaniu ze Sportingiem oczekiwalibyśmy mniej fajerwerków i "happy futbolu", a więcej konsekwencji i zdyscyplinowania taktycznego. Bo jeśli do polotu w ofensywie drużyna Magiery dołoży lepszą grę w tyłach, perspektywa pucharowej wiosny w stolicy nie wydaje się aż tak bardzo odległa i niemożliwa, jak jeszcze przed kilkoma tygodniami.


W ostatnim meczu fazy grupowej dużym problemem Legii może okazać się brak dobrego defensywnego pomocnika w formie. Michał Kopczyński był wczoraj niemiłosiernie ogrywany. Przy całej sympatii do tego chłopaka i jego skromnego usposobienia, które pokazał w "Stanie Futbolu", uważam, że nie jest to zawodnik do pierwszego składu mistrza Polski. Na pozycji defensywnego pomocnika niezwykle ważne jest przygotowanie fizyczne. Tymczasem Kopczyński odpada zarówno w pojedynkach siłowych, bark w bark, jak i w starciach szybkościowych. Pracuje, biega, ale robi to nieefektywnie i nieskutecznie. I choć na polską ligę może to wystarczyć, to na poziom europejskich pucharów jest to zdecydowanie za mało. Jest jeszcze Tomasz Jodłowiec. W dobrej dyspozycji - kawał zawodnika. Problem w tym, że reprezentant polski szuka formy od samego początku sezonu i znaleźć jej nie może. Pewnie ma na to wpływ brak odpoczynku pomiędzy Euro a startem rozgrywek w Polsce i eliminacji do Ligi Mistrzów, jednak nie zmienia to faktu, że Jodłowca w formie zobaczymy najpewniej dopiero na wiosnę. W związku z tym nietrudno dojść do konkluzji, iż ofensywnych zapędów kreatywnie usposobionych pomocników Legii nie ma kto ubezpieczać. Nie ma gościa, który czyściłby przedpole i był utrapieniem dla rywali. Chociażby osoba takiego piłkarza jak Jacek Góralski mogłaby okazać się dla Legii zbawienna w meczu ze Sportingiem, ale niestety - okienka w listopadzie nikt nam nie otworzy.


Tak na koniec chciałbym postawić jeszcze kolejny plusik przy nazwisku Jacka Magiery. Bardzo spodobało mi się wprowadzenie na plac gry Mateusza Wieteski, i to nie na ostatnie trzy minuty, tylko dwadzieścia, by nastolatek rzeczywiście mógł zebrać cenne doświadczenie. Nie wiem, czy szkoleniowiec wymyślił sobie przejście na system z trójką obrońców i był zmuszony wpuścić Wieteskę, czy też zrobił to tylko i wyłącznie po to, by młodziak posmakował Champions League. Tak czy tak, tym ruchem Magiera pokazał, że nie zawaha się stawiać na legijną młodzież. A tego chyba wszyscy byśmy oczekiwali.


Teraz "misja Sporting". Przed mistrzami Polski zadanie trudne, lecz wykonalne. Czego możemy się spodziewać po Legii, tego nie wie nikt, wszak mamy do czynienia z zespołem kompletnie nieobliczalnym i nieco szalonym. Ale czy właśnie brak tej nutki fantazji nie był największą bolączką polskich zespołów?
 

18:16, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72
W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez tej - nie oszukujmy się - najpiękniejszej dyscypliny sportowej. Trenuje w Rakowie Częstochowa, oprócz pisania na blogu, publikuję również na PubSport.pl