Futbol i nie tylko okiem nastolatka z Częstochowy
Kategorie: Wszystkie | T - Mobile Ekstraklasa
RSS
poniedziałek, 03 grudnia 2018
Tydzień moim okiem (7)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Adam Nawałka zadebiutował jako szkoleniowiec poznańskiego Lecha. Jako, że należę do grona licznych sympatyków byłego selekcjonera, z bólem serca odpuściłem derby Liverpoolu, by zobaczyć pierwsze efekty jego pracy przy Bułgarskiej.

 

Szybko jednak doszedłem do wniosku, że była to jedna z gorszych i najbardziej absurdalnych decyzji w moim życiu. Lech wydawał się być jeszcze bardziej powolny, ociężały i mniej pomysłowy niż w ostatnich tygodniach. Oprócz atutów czysto piłkarskich, podopiecznym Nawałki kompletnie brakowało szybkości i świeżości, co może być pokłosiem zwiększenia obciążeń treningowych bądź oznaką kompletnego braku ambicji. W ich postawie najbardziej irytuje chyba brak sportowej złości, pozytywnego wkurzenia. Nietrudno odnieść wrażenie, że pokutuje wśród nich podejście w stylu: „Przegrywamy? To trudno, ważne, że pensja wpadnie, a winą i tak znowu zostanie obarczony trener”. I dlatego wydaje mi się, że najtrudniejszym zadaniem dla nowego szkoleniowca będzie wprowadzenie zmian w głowach swoich piłkarzy.

 

Legendarny trener częstochowskiego Rakowa, śp. Zbigniew Dobosz, pod którego okiem miałem przyjemność trenować, mawiał, że głowa w piłce, odpowiednia mentalność, to 70 procent sukcesu. I może właśnie dlatego w Poznaniu, od dłuższego czasu najczęściej przez wszystkie przypadki odmienia się słowo „porażka”.

 

***

 

Teraz kilka słów o nieco większej piłce. Bayern Monachium, dla odmiany, zanotował po jednym zwycięstwie w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Jednak miniony tydzień wcale nie zwiastuje lepszych czasów dla Bawarczyków. O ile w spotkaniu z Benficą potrafili zdominować rywala totalnie i wykorzystywać jego kolejne błędy, o tyle w sobotnim starciu z Werderem równie dobrze mogli polec.

 

Szczególnie „wyróżnił” się Jerome Boateng, którego przy okazji pierwszego gola dla Bremeńczyków, zdołał przeskoczyć mierzący 182 cm wzrostu, Osako. Jednak wspomniany błąd defensora reprezentacji Niemiec, jest tylko kroplą w morzu pomyłek, które notorycznie popełnia. Trudno zrozumieć, co takiego stało się z tym piłkarzem tego lata, że z jednego z najlepszych środkowych obrońców świata zamienił się w tykającą bombę.

 

Neuer również nie może pozbierać się po kontuzji i macza błędy w kolejnych golach dla rywali. I choć ofensywa Bayernu miewa przebłyski, o tyle gra w destrukcji przyprawia z pewnością Kovaca o niesamowity ból głowy.

 

A jak już rozmawiamy o ekipie z Monachium, nie wypada nie wspomnieć o naszej naczelnej strzelbie. I w przypadku Lewandowskiego narzuca mi się taka myśl, że choć w obecnej kampanii strzelił całkiem sporo goli, to jak na jego standardy jest niezwykle nieregularny. Marnuje okazje. W tych najtrudniejszych momentach, kiedy trzeba dźwignąć zespół z kryzysu, zawodzi. I tak w meczu z Benficą trafił dwa razy, by w weekendowym starciu z Werderem zmarnować dwie sytuacje sam na sam – z czego tą drugą w stylu zupełnie do napastnika tej klasy nieprzystającym. To martwi i nurtuje, wszak mamy już początek grudnia, cała jesień jest w przypadku Roberta nieco słabsza niż poprzednie rundy. Jednak wydaje mi się, że potrzebuje serii dwóch, trzech meczów z golem, by przełamać się na dobre.

 

***

 

Za nami losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Europy. Myślę, że Jerzemu Brzęczkowi i jego podopiecznym trafiła się cholernie niewdzięczna grupa. Bo z jednej strony opinia publiczna przekonana jest, że każde miejsce oprócz pierwszego powinniśmy traktować jako porażkę. Jednak patrząc z innej perspektywy, Austria jest zespołem niezwykle solidnym, złożonym w głównej mierze z regularnie grających w Bundeslidze ciekawych grajków. Wyjazdy do Izraela czy Macedonii też nie wydają się przyjemne, a naszych przygód ze Słowenią w eliminacjach mundialu 2010 chyba nie trzeba nikomu przypominać. Jeśli awansujemy bez większych problemów, wszyscy będą trąbić o spełnionym obowiązku, pokonaniu słabych przeciwników i weryfikacji na Euro. Jeśli zawiedziemy, Brzęczek stanie się obiektem drwin.

 

Tymczasem nasi piłkarze nie grają w klubach. Selekcjoner nie ma wyrazistej koncepcji, a w jego ruchach brakuje logiki. Na domiar złego, oliwy do ognia dolewa prezes Boniek, twierdząc, że dla graczy niegrających regularnie nie ma miejsca w reprezentacji, niejako uderzając w Brzęczka i dyktując mu swoje warunki odnośnie składu kadry. Oprócz tego, pierwsze spotkanie gramy na wyjeździe z Austrią. W przypadku porażki w meczu inauguracyjnym, presja od razu wzrośnie do rozmiarów wręcz niebotycznych.

22:56, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 listopada 2018
Tydzień moim okiem (6)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

 

Na początek reprezentacja Czesława Michniewicza, bo to jej należy się laur pierwszeństwa w każdym artykule podsumowującym miniony tydzień. W pierwszym meczu z Portugalią przegrali, pozostawiając jednak po sobie niezłe wrażenie. We wtorek, jak pewnie doskonale wiecie, niespodziewanie rozprawili się z Felixem, Fernandesem i spółką, zapewniając sobie awans na przyszłoroczne Euro U-21. To już jednak nie czas i nie pora, by analizować spotkanie biało – czerwonych, wszak na ten temat powiedziane zostało już chyba wszystko.

 

Chciałbym się jednak odnieść do losowania. Portugalia, Włochy, Belgia. Cholernie trudna przeprawa. Mimo tego jestem zdania, że trafiliśmy świetnie. Z reprezentacji została zdjęta presja, w końcu nikt o zdrowych zmysłach nie będzie od niej oczekiwał wyjścia z grupy. Kolejny pozytywny aspekt to fakt, iż drużyna Michniewicza lubi grać z silnymi zespołami, często prezentującymi znacznie wyższą kulturę gry. Pokazały to mecze z Danią w eliminacjach, uwydatniły także baraże z Portugalią. Lubimy grać z kontry, w szybkim ataku, a mecze z wylosowanymi tuzami europejskiej piłki reprezentacyjnej będą najlepszą okazją do skorzystania ze swoich atutów. Jeśli przegramy sromotnie i odpadniemy w fatalnym stylu, będziemy mogli chociaż podziwiać polot i wyszkolenie techniczne naszych rywali. To lepsze niż porażki ze Słowacją.

 

***

 

Na fali zachwytu nad Krzysztofem Piątkiem, a także obecnością w podstawowym składzie Bartosza Bereszyńskiego, odpaliłem wczoraj derby Genui. To było jedno z tych spotkań, po których kibic doświadcza ogromnego poczucia niedosytu, wszak piłkarze obu drużyn zaprezentowali widowisko doprawdy imponujące, grając na niezwykłej intensywności.

 

Bartosz Bereszyński był w defensywnie bardzo pewny, mimo iż Lazović okazał się nie lada wyzwaniem. Był to jednak przede wszystkim mecz Krzysztofa Piątka, który przerwał kilkumeczową, strzelecką niemoc. Najpierw sam wywalczył rzut karny, a chwilę później zamienił go na bramkę. Reprezentant Polski od pierwszej minuty wyglądał, jakby przed meczem podwójne espresso popijał Red Bullem. Biegał za dwóch, szarpał, walczył. Jednak mi nie tyle imponowała jego fizyczność, o której wszyscy doskonale wiedzieliśmy. Piątek zaskakuje przede wszystkim świetnym zachowaniem z piłką przy nodze. Nie boi się wejść w pojedynek jeden na jeden, cofa się po futbolówkę, rozrzucając ją na skrzydła. Choć przeciwny jestem nadmiernemu – jak to się mówi – hajpowaniu jego kolejnych osiągnięć (jest dopiero na początku drogi), to uważam, że rośnie nam kawał napastnika. Zawodnik, który po kilku miesiącach w Serie A już wygląda tak, jak przykładowy Dawid Kownacki nigdy się nie prezentował. Ma wszystko, by w przyszłości stać się „dziewiątka” na europejskim poziomie. Fizyczność, umiejętności i – przynajmniej na razie – odpowiednią mentalność do osiągania rzeczy wielkich.

 

A co do „Kownasia”, to niestety znów nie powąchał murawy. Musi pomyśleć o wypożyczeniu, bo inaczej po niezłej, pierwszej kampanii w Sampdorii, zacznie cofać się w rozwoju.

 

***

 

Podsumowując minione siedem dni nie sposób nie wspomnieć o zatrudnieniu Adama Nawałki przez poznańskiego Lecha. Wydaje mi się, że były selekcjoner piłkarskiej reprezentacji to najlepsze, co mogło spotkać zespół z Bułgarskiej.

 

Zewsząd pojawiają się głosy, że przecież Nawałka jako trener klubowy nie ma zbyt wielkich osiągnięć, a gdy Zbigniew Boniek zatrudniał go w reprezentacji większość opinii publicznej pukała się w czoło. Poza tym, powiecie, że przecież czym innym jest operowanie Lewandowskim i Glikiem, a czym innym Gytkjearem czy Rogne. Pełna zgoda. Jednak uważam, że etos pracy, warsztat, profesjonalizm, absurdalna wręcz detaliczność w kwestiach nawet najbardziej błahych, poparte latami spędzonymi z reprezentacją, sprawiają, że mówimy o najlepszym polskim trenerze. Autorytet na starcie ma gwarantowany. Poza tym mówi się o dużej autonomii, jaką ma dostać Nawałka w prowadzeniu zespołu, transferach, a to informacja wręcz wspaniała, biorąc pod uwagę jaki bałagan panował ostatnio w Poznaniu.

 

I jestem przekonany, że były selekcjoner jest jednym z nielicznych, który ma szansę szybko przywrócić odpowiedni ład.

 

19:29, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2018
Subiektywnie o minionym tygodniu (5)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Zacznę od młodzieżówki, zespołu Czesława Michniewicza, który w pierwszym starciu barażowym okazał się słabszy od rówieśników z Portugalii. Przybysze z Półwyspu Iberyjskiego technicznie przerastali biało – czerwonych o klasę (co dziwić nie mogło ani trochę). Jednak mnie nieco zbudował fakt, że choć rywale prezentowali futbol znacznie ciekawszy, to nie ograniczaliśmy się jedynie do kontrataków. Portugalczycy oddali nam piłkę, ale nie męczyliśmy się z nią aż tak bardzo jak w zremisowanym starciu z Danią. Co nie zmienia faktu, że bardzo spodobało mi się stwierdzenie Zbigniewa Bońka w „Stanie Futbolu”, który mówił, że lepsze drużyny posiadając piłkę, potrafią przegrywać sobie ją od lewej do prawej, szukając przy tym luki, zdobywając przestrzeń. U nas z kolei najczęściej wygląda to tak, że rozgrywając futbolówkę cofamy się się coraz bardziej, podajemy ją między sobą bez inwencji i często nasz atak pozycyjny kończy się oddaniem piłki do bramkarza, który wybija „lagę w przód”.

Podobał mi się Krystian Bielik. Widać po tym chłopaku, że oprócz niezłej „gadki”, pewności siebie i nuty arogancji w wypowiedziach pozaboiskowych, posiada duży potencjał. Piłkę wyprowadza świetnie, choć niezwykle ryzykowanie (nie przemierzając, można by rzec, że robi to w podobnym stylu do Lucio). Może się podobać jego gra w powietrzu, umie zagrać na wyprzedzenie, nieźle czyta grę. Wydaje mi się, że Bielik posiada zestaw cech, który przy harmonijnym rozwoju i końskim zdrowiu, może zaprowadzić go niezwykle wysoko. Warto dodać, iż podstawowym partnerem Wieteski w kadrze U-21 jest Paweł Bochniewicz, który wypadł z powodu choroby. Jednak gdy przypomnimy sobie ociężałość i niepewność zawodnika Górnika Zabrze w meczu z Danią, wydaje się, że wejście Bielika do podstawowej jedenastki było najlepszym, co mogło spotkać kadrę Michniewicza

 

Kilka linijek chciałbym poświęcić także Dawidowi Kownackiemu. Na tle portugalskich defensorów wyglądał niezwykle blado. Przegrywał pojedynek za pojedynkiem, nie potrafił utrzymać piłki. Daleki jest od optymalnej formy, w klubie gra coraz mniej, a skalę regresu, jaki dotknął Kownasia chyba najlepiej oddaje fakt, że przecież jeszcze przed chwilą ten sam zawodnik wychodził w podstawowym składzie reprezentacji Polski na mecz z Kolumbią, na przestrzeni całego sezonu w Serie A strzelając sześć goli. Obecnie mamy końcówkę listopada, a były zawodnik Lecha wciąż jest bez trafienia, w podstawowej jedenastce Marco Giampaolego nie wyszedł ani razu, a i w U-21 trafiać zaczął głównie z rzutów karnych.

A, jeszcze jedno. Joao Felix to będzie absolutny koazk.

***

Przegraliśmy sparing z Czechami. I co tu dużo mówić, gramy podobnie jak na poprzednim zgrupowaniu, nie widać w tym wszystkim grama postępu tudzież stabilizacji. Oczywiście Brzęczek i kadrowicze tuż po spotkaniu przyjęli zupełnie inna narrację, mówiąc o fragmentach dobrej gry, znacznym postępie w ich postawie, a także o braku szczęścia. Niestety, mówienie o pechu zupełnie nie pokrywa się z rzeczywistością, bo o ile mieliśmy okazje, by wyrównać, o tyle nasi południowi sąsiedzi również kreowali kolejne okazje.

Nie uważam, by listopad czy grudzień, okres tuż przed startem eliminacji, był dobrym momentem na gruntowną ocenę i ewentualne zwolnienie Jerzego Brzęczka. Były kapitan reprezentacji olimpijskiej miał drużynę zaledwie na trzech zgrupowaniach, nie rozgrywając przy tym meczów o taką stawkę, jaką mają eliminacje Mistrzostw Świata. Chyba powinniście zgodzić się ze stwierdzeniem, że choć Adam Nawałka nie zostawił po sobie spalonej ziemi, to kadra potrzebowała i nadal wymaga pewnej przebudowy tudzież niewielkiej ewolucji. Jednak z drugiej strony patrząc, trudno w ruchach selekcjonera dostrzec jakąkolwiek logikę. Szansę mieli dostawać gracze występujący w swoich klubach? Jednak nie, defensywę budujemy na rezerwowych Kamińskim, Bednarku, a chwilę wcześniej także Recy, ze skrzydła straszy z kolei Kuba Błaszczykowski (w klubie nie zagrał nawet minuty!), który kompletnie zatracił zwrotność i umiejętność dryblingu. Selekcjoner otwarcie mówi, że Thiago Cionek nie pasuje mu do koncepcji? Pyk, następne zgrupowanie, zawodnik Spal powołany.

Nie twierdzę, iż powoływanie Thiago to zły pomysł. Wręcz przeciwnie, wobec mizerii w naszej defensywie ktoś, kto w macierzystym klubie potrafi upilnować napastników pokroju Higuiana zasługuje, by dostać szansę w reprezentacji. Chodzi o co innego. O konsekwencję, autorski pomysł Brzęczka na tę drużynę, jakąkolwiek wizję. Zmieniamy ustawienia, zmieniamy kolejnych zawodników, zmieniamy pomysł na grę. Zaczynam się zastanawiać, czy Brzęczek na pewno wie, co robi. Patrząc na jego doświadczenie w roli trenera i listę sukcesów, chyba nie byłoby nadużyciem stwierdzenie, że prędko może spaść z wysokiego konia. Niestety, na jego obecne możliwości, zdecydowanie zbyt wysokiego.

Chociaż chciałbym się mylić…

***

W niedzielne popołudnie obejrzałem sobie Anglię z Chorwacją. Meczyk fajny, ciekawy, choć teoretycznie długimi fragmentami toczony pod dyktando „Lwów Albionu”. Chorwaci jednak świetnie się odgrywali, umiejętnie kontrując rywali.

Przywołuję jednak to spotkanie, bo chciałbym napisać parę słów o Marcusie Rashfordzie. Cholera, ten chłopak po raz kolejny pokazuje, jak niesamowity potencjał w nim drzemie. Brakuje mu regularności, efektywności, ale odnoszę wrażenie, że jak odpali na dobre, to będzie nie do powstrzymania dla wielu obrońców na angielskich boiskach. Ma niesamowity gaz z piłką i umiejętność mijania kolejnych rywali. Uwielbiam takich piłkarzy i boli mnie tylko fakt, że w Manchesterze, jeśli Jose Mourinho dalej będzie pełnił funkcję pierwszego trenera, przestanie się rozwijać. United grają siermiężnie, z zespołami na ich poziomie niezwykle defensywnie i prosto. Choć lubiłem „The Special One”, to chyba wielu przyzna, że coraz częściej przypomina klauna, a jego pomysły zatraciły magię. Myślę, że Marcus zdecydowanie lepiej rozwinąłby się w ekipie prezentującej futbol znacznie ciekawszy i bardziej ofensywny. Potencjał ma na niesamowitym poziomie.

 

 

21:05, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2018
Lekcja włoskiego

Kolejne mecze za kadencji Jerzego Brzęczka zwiastują nam gwałtowny i szybki powrót do "normalności" z jaką mieliśmy do czynienia przed erą Adama Nawałki. Po całkiem niezłej partii ze Squadra Azzurra w Bolonii, nadeszły trzy słabe spotkania, które namnożyły niepamiętną liczbę pytań i znaków zapytania dotyczących koncepcji nowego selekcjonera.


Nie potrafię zrozumieć, na jakiej podstawie wyszliśmy dzisiaj po raz kolejny z czwórką środkowych pomocników. Mecz z Portugalią pokazał, że w tym systemie nie potrafimy kreować sytuacji, z piłką przy nodze męcząc się jeszcze bardziej niż zwykle. Co więcej, patrząc na środek pola reprezentacji Włoch, nietrudno było już przed meczem dojść do konkluzji, iż to nasi rywale będą dyktować warunki gry w centralnej strefie boiska. Veratti i spółka dominowali, doskonale utrzymując się przy piłce. Do przewidzenia był też fakt, że najpewniej będziemy musieli ograniczać się do kontr. Pytanie tylko, jakim sposobem mieliśmy dokonywać szybkich ataków, nie mając na boisku skrzydłowych. Jeszcze gdyby któryś z naszych napastników obdarzony był niesamowitą dynamiką i co rusz chadzał w boczne sektory - okej. Natomiast Lewanodowski i Milik to zawodnicy kochający środkową strefę, wyróżniający się bardziej siłą, aniżeli szybkością.
Pierwsza połowa z Włochami tylko potwierdziła, że nie możemy pozwolić sobie na grę w nietypowym ustawieniu. Szkoda tylko, że przez testowanie nowej formacji praktycznie straciliśmy dwa mecze. Nasi piłkarze nie wypracowali żadnych automatyzmów. Robert Lewandowski w wywiadzie z Michałem Kołodziejczykiem zwracał uwagę na to, iż kombinacje Adama Nawałki z nowym systemem sprawiły, że piłkarze przestali się na boisku rozumieć, tracąc przy tym pewność siebie. Jeśli obecny selekcjoner nie postawi na stabilizację, kadrowicze dalej nie będą potrafili odnaleźć się na boisku.


Ponadto trudno przejść do porządku dziennego nad decyzjami personalnymi, jakie przed meczem zaproponował Brzęczek. Nie mam pojęcia, czym kieruje się selekcjoner wystawiając w podstawowej jedenastce Arkdadiusza Recę. Na ławce mamy Kędziorę, który zaliczył bardzo dobre wejście z Portugalią, niesprawdzony pozostaje grający w podstawowej jedenastce Boltonu, Paweł Olkowski. Tymczasem selekcjoner decyduje, by po boisku biegał gość niemieszący się na szeroką, dwunastoosobową ławkę w przeciętniaku Serie A. Parodia.
Kolejne pytanie brzmi: dlaczego Brzęczek, wiedząc, że Kuba Błaszczykowski gra już na znacznie innym poziomie niż wcześniej, a Kamil Grosicki miewa swoje problemy, nie dał nawet chwili szansy żadnemu z dwójki Makuszewski - Frankowski? Przecież to idealny moment, by poszczególnego piłkarza zbudować meczami, pozwolić mu nabrać pewności siebie i przekonania o własnej wartości dla drużyny. Tymczasem Brzęczek woli budować Recę, przy którym Bernardeschi czuł się, jakby został zesłany na sparing do Primavery. Przygotowanie kondycyjne i taktyczne byłego gracza Wisły Płock pozostawia bardzo wiele do życzenia.


Poza kapitalnym wczorajszego wieczoru Szczęsnym, w miarę pewnym Glikiem i równie dynamicznym co chaotycznym Grosickim, przy żadnym z nazwisk, jakie wybiegły na Stadion Śląski w biało - czerwonych strojach, nie możemy postawić plusa.


Niezwykle martwi dyspozycja naszego lidera, Roberta Lewandowskiego i kandydata na lidera najbardziej oczywistego, czyli Piotra Zielińskiego. Ten pierwszy kompletnie nie przypomina samego siebie. Nie pamiętam, żeby Robert miał tak długą serię spotkań, w których było z niego tak mało pożytku. Odbijał się od Bonucciego z Chiellinim, rzadko prezentował umiejętność odpowiedniej zastawki i utrzymania piłki tyłem do bramki. Co gorsza, Robert od wielu spotkań nie potrafi dochodzić do sytuacji. Jest statyczny i momentami zachowuje się, jakby kompletnie zatracił instynkt. Raczej stroniłem od komentarzy w stylu: "wiek robi swoje, Lewy powoli się kończy", natomiast stagnacja napastnika Bayernu trwa coraz dłużej i staje się powoli alarmująca.


Zieliński z kolei zagrał swój kolejny typowy mecz w kadrze. Miewał przebłyski, jak wówczas, gdy świetnymi podaniami napędził kilka naszych ataków, ale ogólnie rzecz ujmując: grał falami. Pod koniec spotkania zanotował dwie niezwykle groźne starty. Widać po nim, że zmężniał, nabrał odwagi. To już nie jest ten sam schowany za plecami partnerów chłopak, który boi się wziąć grę na swoje barki. Jest odważniejszy. Jednak sposób rozgrywania niektórych akcji i niechlujne zachowania z piłką przy nodze sprawiają, że pomocnik Napoli wciąż jest liderem środka pola bardziej życzeniowym niż rzeczywistym.


Za nami stracone zgrupowanie. Dwa mecze, które przyniosły więcej pytań niż odpowiedzi. Pewni możemy być tylko tego, że w Dywizji A przez kilka dobrych lat już nie zagramy. Jednak umówmy się - rzeczywistość ostatnich kilku spotkań pokazała, że kompletnie tam nie pasujemy.


14:17, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 października 2018
Różnica klas w Chorzowie

Dwa lata temu, podczas piłkarskich mistrzostw Europy we Francji, w ćwierćfinale los podarował nam późniejszych triumfatorów wspomnianych rozgrywek, reprezentację Portugalii. Wszyscy znamy scenariusz i ostateczny wynik, ale warto przypomnieć, że byliśmy wówczas dla drużyny Fernando Santosa rywalem równorzędnym i wymagającym, mającym swoje okazje oraz atuty. Wczoraj, w Chorzowie, Portugalczycy pokazali, że są już o kilka dużych kroków przed nami. Zdominowali nas w każdym aspekcie, a wynik 2:3 zupełnie nie odzwierciedla boiskowych wydarzeń. To najniższy wymiar kary.

 

Jerzy Brzęczek zaskoczył wszystkich już samym ustawieniem i chyba śmiało można powiedzieć, że odważną decyzją o grze bez skrzydłowych spełnił oczekiwania wielu kibiców. Sam byłem niezwykle ciekawy gry w systemie z czwórką środkowych pomocników. W końcu wydawać by się mogło, że pomysł na mecz, jaki zarzucił nowy selekcjoner uwypuklać będzie nasze atuty (znalezienie miejsca dla Piątka i czterech środkowych pomocników w formie), a przykrywać wady (brak skrzydłowych na europejskim poziomie).

 

Jednak boiskowa rzeczywistość boleśnie zweryfikowała dążenia biało – czerwonych. W oczy rzucała się przede wszystkim olbrzymia wyrwa pomiędzy naszymi napastnikami, a linią pomocy. Dopóki graliśmy 4-3-1-2, Piątek i Lewandowski byli kompletnie niewidoczni, odcięci od podań i gry całego zespołu. Z ich strony również brakowało ruchu, zejścia w wolne, boczne sektory. Zwykle Robert, nawet jeżeli jest delikatnie pod formą, jest wartością kluczową dla naszego zespołu. Przytrzymuje piłkę, wspiera pomocników, napędza akcje, chciałoby się aż powiedzieć – parafrazując klasyka – że w naszej reprezentacji jest zarówno od grania na fortepianie, jak i od noszenia go dla innych. Dzisiaj długimi momentami był cieniem samego siebie. Dopiero, gdy przeszliśmy na system ze skrzydłowymi, a boczne sektory się wypełniły, zaczął być bardziej pod grą.

 

Nie potrafiliśmy utrzymać się przy piłce na połowie przeciwnika. Nietrudno było odnieść wrażenie, że każdemu z naszych ofensywnych graczy brakuje opcji do zagrania piłki. Wszystko zwykle kończyło się na nieudanym, desperackim dryblingu bocznego obrońcy, albo kompletnie nieprzygotowaną wrzutką. Nasz pomysł na grę w środku pola zwykle kończył się na kilku niezłych, szybkich podaniach, jednak problem pojawiał się z rozwinięciem akcji.

 

Naszym największym mankamentem z pewnością była lewa strona. Bernardo Silva i Joao Cancelo, dzielnie wspierani przez schodzącego do boku Pizziego, siali postrach i chyba przez dłuższy czas będą bohaterami nocnych koszmarów dwójki Jędrzejczyk – Kurzawa. Starcie obrońcy Legii z Silvą było trochę jak wyścig pociągu towarowego z TGV, a dryblingi defensora Manchesteru City mogły przyprawić Artura o zawrót głowy. Jędrzejczyk był w tym wszystkim jednak mocno osamotniony, wszak Rafał Kurzawa przegrywał niemal każdy pojedynek, do gry w destrukcji podchodząc niedostatecznie poważnie, momentami wręcz niechlujnie (jak na przykład przy bramce Andre Silvy, kiedy kompletnie odpuścił Pizziego). Brakowało pomocy Krychowiaka, który wczorajszego wieczoru wyglądał, jakby duchem był jeszcze gdzieś w okolicy lotniska w Moskwie. Wiecznie spóźniony, powolny, nie potrafiący odnaleźć się taktycznie w nowym ustawieniu.

 

Ewidentnie pod formą znajduje się także Kamil Glik, zwykle nasza opoka i skała nie do przejścia. Źle się ustawiał, przegrał kilka pojedynków. Jeszcze gorzej wypadł Bednarek, którego ustawienie przy pierwszym golu woła o pomstę do nieba.

 

W zasadzie można by tak wymieniać i wymieniać. Klich – słabiutki przez całe spotkanie. Zieliński – częściej machał rękami niż dobrze podawał, pan rozgrywający przez wielkie „R”, nic dodać, nic ująć. Faktem jest jednak, że widać gołym okiem, iż żaden z naszych piłkarzy nie czuł się na boisku komfortowo. Wyglądaliśmy trochę jak zbierania indywidualności z osiedla, która jako drużyna kompletnie nic nie znaczy.

Trochę oddechu, wigoru i świeżości przyniosły dopiero zmiany. Grosicki, choć nawet podczas swojego krótkiego występu pokazał, że z niektórymi elementami piłkarskiego rzemiosła jest na bakier, to wprowadził przebojowość i polot. To, czego brakowało nam przez całe spotkanie. Wreszcie przestaliśmy biegać w tempie powolnym i jednostajnym, a nasze akcje nabrały dynamiki.

 

Swoje zrobił też Jakub Błaszczykowski, autor pięknej bramki. Mówi się, że zamknął usta wszystkim krytykom. I oczywiście jest w tym trochę racji, aczkolwiek musimy mieć świadomość, że na takie przebłyski „czegoś extra” stać go będzie już tylko od święta. Bez dynamiki, którą posiadał wcześniej, nie jest już w stanie robić różnicy na skrzydle. I wie to zarówno sam zainteresowany, jak i Jerzy Brzęczek. Tylko, zastanówmy się, czy my mamy jakiekolwiek alternatywy?

 

Po wczorajszym spotkaniu daleki jestem od jednoznacznej oceny nowego selekcjonera. Wczoraj dokonał eksperymentu, który kompletnie nie wypalił, ale jeśli mamy próbować i szukać odpowiedniej drogi – to właśnie teraz, w ciągu obecnego półrocza. Inna sprawa, że pewne elementy i automatyzmy w grze powinny już zacząć kiełkować i mam nadzieję, że na taką drogę wstąpimy meczem z Włochami. Drogę stabilizacji.

13:46, danielflak1999
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 74
W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez tej - nie oszukujmy się - najpiękniejszej dyscypliny sportowej. Trenuje w Rakowie Częstochowa, oprócz pisania na blogu, publikuję również na PubSport.pl