Futbol i nie tylko okiem nastolatka z Częstochowy
Kategorie: Wszystkie | T - Mobile Ekstraklasa
RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
Subiektywnie o minionym tygodniu (1)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.


Za nami "Mecz Meczów", Derby Europy, El Clasico (po latach użytkowania tylko termin "Gran Derbi" wypada z obiegu, bo - jak słusznie i szumnie zarazem zauważył polski Twitter - to określenie derbów Sevilli). Meczycho to było takie, że ręce same składały się do oklasków. W drugiej połowie można było odnieść wrażenie, że niedługo nawet kamera nie nadąży nad zwrotami akcji. Okazało się jednak, że nie nadążył tylko sędzia, ale popisy Hernandeza Hernandeza w porównaniu do tych Victora Kassaiego sprzed paru dni, to zwykły pikuś. W końcu chodziło tylko o niepodyktowany rzut karny na Ronaldo, a także sytuację z nieodgwizdanym spalonym Portugalczyka, lecz na szczęście - zgodnie z duchem fair play - bohater akcji przegrał pojedynek z niemal pustą już bramką).


Nawiązując jeszcze do sędziowania, to mimo wszystko czasami jest mi autentycznie żal arbitrów sędziujących mecz stojący na wysokiej intensywności. Jeszcze niedawno słychać było głosy w stylu: "czego jak czego, ale akurat sędziów to my się w Polsce nie musimy wstydzić; wystarczy spojrzeć na liczbę pomyłek w La Liga i ekstraklasie". No tak, wszystko niby się zgadza, jednak obawiam się, że gdyby ekipa  Mariusza Złotka ze Stalowej Woli miała posędziować spotkanie pomiędzy Realem a Bayernem, to jednak również nie wystrzegałby się pomyłek. No bo pomyślcie, jak ten biedny chłopaczyna z chorągiewką ma nadążyć za pędzącym między defensorami Marcelo? To normalne, że był spóźniony i nie zdołał wyłapać oczywistego przecież ofsajdu. Dlatego VAR jest koniecznością. Może trochę smutną, bo jednak czasami spowalniającą grę i decyzję arbitra, ale jednak konieczną dla czystości i SENSU tego sportu.
Odbiegając od tematu sędziów, najbardziej mi żal, że w Klasyku swojej szansy nie dostał będący w świetnej formie Isco. To przecież żywe sreberko, artysta, ale przy okazji konkretny pomocnik wykręcający niezłe liczby. Niestety, przy okazji takich meczów może co najwyżej rozpalić grilla na ławce rezerwowych. Podobnie jak mega-talent Kovacić, jeszcze większy zdolniacha w osobie Asensio czy gwiazda mundialu, James. Real się cieszy, ma najlepszą ławkę na świecie, tylko tych chłopaków szkoda...Mogliby być idolami, a w najważniejszych spotkaniach są zazwyczaj tylko ozdobami (i nie zmieni sytuacji Jamesa jego świetna zmiana, jedynie Asensio ma realne szanse wkroczyć na stałe do pierwszego składu).


W pierwszej jedenastce zagrał Bale, ale - jak wiecie - znowu złapał kontuzję i zszedł przedwcześnie. A ja mam tylko pytanie do Zidane'a i spółki, czy po urazie od razu wchodzi się na najwyższe obroty czy jednak czasami potrzeba trochę czasu na dojście do odpowiedniej dyspozycji i siły mięśniowej? Bo Walijski gwiazdor dobrze się nie wyleczy, a już łapie kolejną kontuzję...
***
Nurtuje mnie sytuacja Mariusza Stępińskiego. Chłopak jest niewątpliwie utalentowany, "ma gola", niezłe umiejętności, a właśnie notuje drugie bolesne zderzenie z zachodnią rzeczywistością. Jego transfer do Norymbergi był pozbawiony większego sensu, to oczywiste. Jednak przejście do Nantes wydawało mi się decyzją, która posiadała ręce i nogi. Odnosiłem wrażenie, że napastnik Ruchu jest gotowy na wyjazd. Nabrał masy mięśniowej, nie był już tym chucherkiem, który odbijał się od większości ekstraklasowych piłko - wybijaczy. Początkami we Francji rozbudził apetyty, ale przyszedł "Prezes" Nakoulma i szybko wybił mu piłkę z głowy. W tej kolejce przaśny obywatel Burkina Faso mógł zając się swoimi ulubionymi czynnościami ("lubię grać na plejstejszon i czytać książki"), wszak pauzował za kartki. Stępiński jednak wszedł tylko na minutę.....


Szkoda, bo mam wrażenie, że należy do gości z prawdziwą ambicją i głową na karku, a zaraz jego przygoda na zachodzie może zacząć przypominać tę Artura Sobiecha.
***
"Waldek King" opuścił Cichą. Nad Ruchem wisi widmo spadku tudzież nieuzyskania licencji na kolejny sezon.  Ale jak to w tego typu sytuacjach bywa, zwłaszcza rzecz tyczy się polskiego podwórka, że jak nie płacą i wszyscy wokół wytykają palcami, to drużyna się jednoczy i odnosi wynik ponad stan. Przypomnę tylko Polonię Warszawa czy znakomity sezon ŁKS-u chwilę przed spodziewaną utratą licencji. Nie wiem, czy tak będzie również w przypadku "Niebieskich", wszak odejście Fornalika świadczy o dramatycznej sytuacji wewnątrz klubu i szatni, że nie wspomnę już tutaj o odmowie wyjścia na trening ze strony zawodników czy dążeń Patryka Lipskiego do natychmiastowego rozwiązania kontraktu z winy klubu.


Załóżmy jednak, czysto hipotetycznie, że Ruch utrzymuje się w ekstraklasie. Dajmy na to, że otrzymuje nawet kolejną warunkową licencją na grę w "elicie". I chyba każdy wie, jak ta historia potoczyłaby się dalej....
....narastające długi, stadion coraz mniej nadający się do użytku, kolejne limity dotyczące płac. Wkrótce pewnie spadek, być może totalna rozmiana na drobne w stylu bytomskiej Polonii. Oczywiście istnieje też możliwość, że znajdzie się bogaty właściciel, który kupi klub i ustabilizuje sytuację. Ale, już tak zupełnie serio,  ktoś w to jeszcze wierzy? Las rąk widzę...
 Jaki jest sens ciągnięcia tego obarczonego długami tworu, jeśli wiadomo, że sytuacja nigdy nie pozwoli na skok jakościowy w aspekcie sportowym?


Czy nie lepiej, śladem łódzkiego Widzewa, zacząć od czwartej ligi, ale z pompą, finansową stabilnością i energią ludzi zakochanych w klubie z Cichej (których przecież nie brakuje)? Moim zdaniem tak, lecz przecież nawet przy takim rozwiązaniu niezwykle charakterystyczne jest zjawisko powielania starych błędów, a chyba przecież każdy obiektywny kibic futbolu wie, że liga z mocnym i stabilnym Widzewem, Ruchem, Górnikiem, ŁKS-em i Polonią to produkt znacznie bardziej atrakcyjny. 

22:11, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Odidija wart każdych pieniędzy

Na początku obecnego sezonu miałem przyjemność gościć na meczu Górnika Zabrze z warszawską Legią (przypomnijmy, wygranego w emocjonujących okolicznościach przez drużynę pierwszoligowych gospodarzy). W "sercu Śląska" czuć było atmosferę prawdziwego piłkarskiego święta, lecz mnie szczególnie cieszyła możliwość zaobserwowania z bliska nowych nabytków Legii. Pamiętam swoje odczucia po tym spotkaniu - Langil w moich oczach spisał się całkiem nieźle, natomiast Vadis Odidija Ofoe poruszał się  - parafrazując Jacka Wiśniewskiego -  jakby miał tonę węgla na plecach. Nie biegał, nie walczył, notował mnóstwo strat. Byłem w szoku, bo zawodnika przychodzącego z Premier League przerastało tempo meczu rozgrywanego w ramach Pucharu Polski.


Minęło kilka dobrych miesięcy, a czarnoskóry Belg przerasta naszą ligę o jakieś pięć klas. Wyraźnie schudł, mimo kilogramów masy mięśniowej po boisku porusza się z lekkością i gracją. Magiera ustawił go na pozycji numer "dziesięć" i dał mu swobodę, której Vadis tak bardzo potrzebował. Czasami popracuje w defensywie, czasami mniej, pojawia się niemal w każdym sektorze boiska. Gdy go oglądasz, to widzisz, że jest wychowany w innej piłkarskiej kulturze. Rywal atakuje go z prawej strony, to automatycznie prowadzi piłkę dalszą, lewą nogą. Podstawy. Rzeczy, o których wspomina się w juniorach, ale gdy spojrzymy na naszą ligę, jest to bardzo rzadki obrazek. Wszystko robi na ugiętych nogach. Ale zarazem nie jest Ljuboją, który umiejętności miał niesamowite, lecz miewał mecze, w których wyróżniał się jedynie ekstrawagancką fryzurą i ciągłym przyklękaniem na jedno kolano w celu poprawienia "desek". Odidija pracuje, walczy, jest niezwykle zaangażowany.  


Zarazem jednak każdy jego występ dekorują szeroko rozłożone ręce, pretensje w stosunku do kolegów, a także "fuck off'y" i inne serdeczności rzucane w kierunku arbitra. Nietrudno jednak zrozumieć frustrację Vadisa, wszak odnoszę wrażenie, że nieco dusi się w drużynie Legii. Wiele peanów pochwalnych zostało już w Polsce na jego temat napisanych, ale trzeba zwrócić uwagę na fakt, o ile lepszy mógłby być jego odbiór jako zawodnika, gdyby jego koledzy z Legii byli lepsi. O ile więcej asyst by notował, gdyby najzwyczajniej w świecie miał z kim pograć... Jego partnerzy, poza Miroslavem Radoviciem i Guilherme, nie mają większego pojęcia o grze kombinacyjnej. I wszystko wizualnie wyglądało okej, dopóki wspomniana dwójka była w formie. Legia potrafiła rozmontować defensywy Realu, Borussi czy Sportingu i nieważne, na ile procent skoncentrowani byli ich rywale.


Teraz Odidija się męczy. Lata po całej szerokości boiska, szukając partnerów i uliczek do zagrania piłki. Czeka na sygnał, ruch, jakiś gest, tymczasem mobilność oraz kreatywność Kucharczyka i spółki woła o pomstę do nieba. Jedynie Nagy wydaje mi się zawodnikiem, z którym Belg prędzej czy później powinien znaleźć wspólny piłkarski język.


I właśnie dlatego uważam, że nawet jeśli Odidija chce milion euro za sezon, to Mioduski nawet nie powinien się zastanawiać. Może odmówić sobie jednego, dwóch transferów, byleby tylko Belg pozostał na Ł3....Wnosi wartość, jakiej nie wniosły wszystkie tegoroczne nabytki Legii razem wzięte. A nam pozostaje tylko cieszyć oczy widokiem piłkarza przez duże "P" w ekstraklasie i liczyć, że ten już wkrótce będzie miał więcej kreatywnych partnerów na placu gry. Bo znaleźć drugiego takiego zawodnika, który zechciałby zagrać w ekstraklasie, może graniczyć z cudem.

17:08, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
"Happy futbol" w Dortmundzie...wstydzić się czy cieszyć?

W swoim ostatnim felietonie napisałem, że chciałbym aby Legia w Dortmundzie była blisko rywala, grała agresywnie, mądrze i odpowiedzialnie w destrukcji. Miałem po prostu nadzieję, że Borussia będzie musiała się choć trochę namęczyć, by pokonać zespół mistrza Polski. Tymczasem doskonale wiemy jak szalony scenariusz napisał wczorajszy mecz. I po tym spotkaniu tak naprawdę nie wiem, czy należy się cieszyć ze wspaniałego widowiska, czy jednak odczuwać wstyd związany ze stratą ośmiu goli oraz wyrównaniu niechlubnego rekordu Bate Borysów.


Jacek Magiera zaskoczył już samym składem. Radosław Cierzniak zastąpił Arakadiusza Malarza, i choć nie mam wielkiego przekonania do byłego golkipera Panathinaikosu Ateny, tak już przed meczem przeczuwałem problemy związane z tą roszadą. Mianowicie, bramkarz to przecież najdelikatniejsza i najbardziej odpowiedzialna pozycja na boisku. Nie tyle bałem się słabej dyspozycji Cierzniaka (chociaż ku temu również były przesłanki), ile obawiałem się, że obrona mistrzów Polski mając za plecami kogoś nowego może stracić na pewności siebie. Po drugie primo - komunikacja pomiędzy bramkarzem a linią obrony, której poziom mógł na nagłej zmianie między słupkami znacząco ucierpieć. Inaczej widziałbym tę sytuację, gdyby Cierzniak bronił już od kilku spotkań, dostawał szanse w ekstraklasie, łapał pewność. Tymczasem został rzucony na bardzo głębokie wody, i jak wiemy - utopił się w nich wraz z całą defensywą.


Jestem wśród ludzi, którzy twierdzą, iż lepsza taka porażka niż murowane 0:3. Poza tym wczorajsze widowisko będzie z całą pewnością pamiętane na lata. Legia wniosła trochę folkloru, nam również dostarczyła kilku fantastycznych momentów, kiedy mogliśmy dać ponieść się emocjom. Bramki Prijovicia, potem poprzeczka, po której Weidenfeller wpisał się w klimat podwórkowego grania próbując wybić piłkę przewrotką; gol Kucharczyka, kiwki Radovicia. To są momenty, które pozostaną nam w głowie na lata. Była to najlepsza możliwa reklama piłki nożnej, choć raczej z kategorii tych, w których produkt jest świetnie opakowany, a po otworzeniu zawartości wychodzi na to, że niby wszystko gra, ale jednak wygląda to zupełnie inaczej niż w reklamie. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że wczorajsze 8:4 pobiło rekord goli w jednym meczu LM z 2003 roku. Podobało mi się stwierdzenie Przemysława Rudzkiego, który w swoim pomeczowym felietonie napisał: "to był mecz, w którym jakieś dziecko zakochało się w futbolu".  Legia postawiła na radość z gry i beztroską improwizację w defensywie, tymczasem Dortmund będąc zaskoczony takim obrotem spraw, również przybrał niezwykle radosne usposobienie na wczorajszy wieczór. A że od Borussi, nawet po części rezerwowej, dzielą nas lata świetlne, to skończyło się tak, jak się skończyło.


Co ciekawe, mecze z Legii z BVB przyprawiają mnie o chęć przełączenia się na inny kanał i inny mecz. Chyba nigdy w życiu nie odczuwałem czegoś takiego. Każdą porażkę kadry i naszych klubów w europejskich pucharach przeżywałem bardzo mocno, ale nigdy nie miałem ochoty wyłączyć spotkania. Jednak widząc bezradność legionistów w defensywie i to z jaką łatwością Borussia sobie z nimi poczyna, chciałem przestać na to patrzeć. I choć przetrwałem w całości oba spotkania, to zwłaszcza w Warszawie - zamiast cieszyć się meczem Ligi Mistrzów, tylko się wkurzałem. Jak wspominałem, wczoraj również miewałem tego typu momenty. Gdy Dembele kładł na deski kolejnych rywali, czułem, jakbym sam był przez niego niemiłosiernie ogrywany. Kiedy Kagawa, Reus i Castro, wymieniali klepki na dziesiątym metrze od bramki Cierzniaka, łapałem się za głowę. Różnica tym razem była jednak taka, że ilekroć miałem ochotę zmienić kanał, tylekroć Legia wyprowadzała zabójczą kontrę, która przywracała radość. I o ile można Legie ganić za katastrofalną postawę w defensywie, o tyle trzeba przyznać, że warszawski team od trzech spotkań w Lidze Mistrzów jedzie w ofensywie na niesamowitej fantazji. Radović kręci rywalami, jakby rzeczywiście był na podwórku, Prijović strzela bramkę życia, Guilherme popisuje się piętkami, a Odidija przestawia rywali jak chce. Robią show. We wczorajszym spotkaniu nawet Kuchrczyk sprawiał wrażenie niezłego skrzydłowego. Co jest niezwykle zaskakujące, większość ataków Legii (choć nie ma ich przecież na poziomie Champions League zbyt wiele) śmierdzi golem. A przecież przed startem fazy grupowej wydawało się, że brak kreatywności i błyskotliwości w grze ofensywnej jest największą bolączka tej ekipy.


W Legii podobać może się także fakt, iż  w miarę możliwości próbują wychodzić spod wysokiego pressingu graniem, a nie lagą wprzód (chociaż Borussia gra tak intensywnie i wysoko, że wybicie "na walkę" nie było rzadkim obrazkiem). Nie murują, nie autują, tylko starają się grać w piłkę. Są jakby przeciwieństwem stereotypowego polskiego zespołu w europejskich pucharach. Niezwykle spodobały mi się słowa Jacka Magiery po wczorajszym spotkaniu, który rzucił: - Zagraliśmy odważnie, ofensywnie, bo chcieliśmy tak zagrać. Nakazałem to piłkarzom. A zrobiłem to po to, by ich czegoś nauczyć. To jest tak, jak z dzieckiem, które ma roczek i próbuje się uczyć chodzić. Jeśli się przewróci i nie wstanie, to nigdy się nie nauczy. My też nie. Musimy się kilka razy przewrócić, by się nauczyć.


Powyższe słowa świadczą o tym, że Magiera myśli długofalowo. On wie, ile te spotkania mogą dać jego piłkarzom w przyszłości. O ile doświadczeń będą bogatsi, gdy przystąpią do pucharowych zmagań w kolejnym sezonie. Uczą się grać w piłkę z najlepszymi, nie chcą ograniczać się do przeszkadzania i wybijania. I to jest pięknie, bo na tym polega ten sport. Jednak pamiętajmy, że na końcu zawsze i tak liczy się tylko wynik, więc po spotkaniu ze Sportingiem oczekiwalibyśmy mniej fajerwerków i "happy futbolu", a więcej konsekwencji i zdyscyplinowania taktycznego. Bo jeśli do polotu w ofensywie drużyna Magiery dołoży lepszą grę w tyłach, perspektywa pucharowej wiosny w stolicy nie wydaje się aż tak bardzo odległa i niemożliwa, jak jeszcze przed kilkoma tygodniami.


W ostatnim meczu fazy grupowej dużym problemem Legii może okazać się brak dobrego defensywnego pomocnika w formie. Michał Kopczyński był wczoraj niemiłosiernie ogrywany. Przy całej sympatii do tego chłopaka i jego skromnego usposobienia, które pokazał w "Stanie Futbolu", uważam, że nie jest to zawodnik do pierwszego składu mistrza Polski. Na pozycji defensywnego pomocnika niezwykle ważne jest przygotowanie fizyczne. Tymczasem Kopczyński odpada zarówno w pojedynkach siłowych, bark w bark, jak i w starciach szybkościowych. Pracuje, biega, ale robi to nieefektywnie i nieskutecznie. I choć na polską ligę może to wystarczyć, to na poziom europejskich pucharów jest to zdecydowanie za mało. Jest jeszcze Tomasz Jodłowiec. W dobrej dyspozycji - kawał zawodnika. Problem w tym, że reprezentant polski szuka formy od samego początku sezonu i znaleźć jej nie może. Pewnie ma na to wpływ brak odpoczynku pomiędzy Euro a startem rozgrywek w Polsce i eliminacji do Ligi Mistrzów, jednak nie zmienia to faktu, że Jodłowca w formie zobaczymy najpewniej dopiero na wiosnę. W związku z tym nietrudno dojść do konkluzji, iż ofensywnych zapędów kreatywnie usposobionych pomocników Legii nie ma kto ubezpieczać. Nie ma gościa, który czyściłby przedpole i był utrapieniem dla rywali. Chociażby osoba takiego piłkarza jak Jacek Góralski mogłaby okazać się dla Legii zbawienna w meczu ze Sportingiem, ale niestety - okienka w listopadzie nikt nam nie otworzy.


Tak na koniec chciałbym postawić jeszcze kolejny plusik przy nazwisku Jacka Magiery. Bardzo spodobało mi się wprowadzenie na plac gry Mateusza Wieteski, i to nie na ostatnie trzy minuty, tylko dwadzieścia, by nastolatek rzeczywiście mógł zebrać cenne doświadczenie. Nie wiem, czy szkoleniowiec wymyślił sobie przejście na system z trójką obrońców i był zmuszony wpuścić Wieteskę, czy też zrobił to tylko i wyłącznie po to, by młodziak posmakował Champions League. Tak czy tak, tym ruchem Magiera pokazał, że nie zawaha się stawiać na legijną młodzież. A tego chyba wszyscy byśmy oczekiwali.


Teraz "misja Sporting". Przed mistrzami Polski zadanie trudne, lecz wykonalne. Czego możemy się spodziewać po Legii, tego nie wie nikt, wszak mamy do czynienia z zespołem kompletnie nieobliczalnym i nieco szalonym. Ale czy właśnie brak tej nutki fantazji nie był największą bolączką polskich zespołów?
 

18:16, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 listopada 2016
Subiektywne podsumowanie tygodnia (2)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Zaczniemy od kadry, która w zeszły poniedziałek towarzysko sparowała ze Słowenią. Kibicie rozczarowani, bo skład rezerwowy, toteż i poziom gry bardzo mizerny. Adam Nawałka  chyba również nie dowiedział się niczego nowego. Pobiegali, powalczyli, dali sobie po razie i zeszli. Ani jedni, ani drudzy nie potrafili swoją grą choć odrobinę zaciekawić neutralnego odbiorcy (choć obecności takowego nie stwierdzono).


Wspomnieć wypada o niezłym spotkaniu Teodorczyka, który - owszem - zaliczał straty i niedokładne podania, ale jednak z wielu sytuacji potrafił wyjść obronną ręką i będąc otoczonym przez kilku rywali, utrzymywał piłkę. Walczył. Nie porywał się już na kompletnie nieudane próby z trzydziestu metrów z kompletnie nieprzygotowanych pozycji, czym zapadł mi w pamięć w meczach z Finlandią, a później w fazie pucharowej Ligi Mistrzów - z Manchesterem City. No i przede wszystkim, Teo znowu strzelił, a to dowód tylko i wyłącznie na to, że dobre wejście z Rumunią nie było przypadkowe.


Chwalą też Bereszyńskiego, ale ja do tego chłopaka chyba nigdy nie będę miał większego przekonania. Wydaje mi się, że obrońca Legii gra nieco zbyt chaotycznie, a momentami nawet mocno nieodpowiedzialnie na własnej połowie. Oprócz tego nie jest to zbyt pewna inwestycja, biorąc pod uwagę grę w destrukcji. Nie można natomiast zarzucić mu braku dynamiki i wybiegania, a to przecież na pozycji bocznego obrońcy bardzo istotne elementy.


Najsłabszy na boisku? Dla mnie Kapustka, który próbował dryblingów. Chciał udowodnić nam wszystkim, że się mylimy. Pragnął pokazać, że nie grając w piłkę, można się rozwijać (nie liczmy gry w lidze U-23, to jest pierwsza reprezentacja, a nie zespół juniorów). Niestety, Bartek, choć bardzo się starał, pokazał tylko i wyłącznie słabą formę. Ostatnio czytałem o klubach, które mogą wypożyczyć Kapustkę: Trabzonspor, Derby, Birmingham.... Zarówno Turcja, jak i zaplecze Premier League nie wydają mi się zbyt dobrym kierunkiem dla byłego gracza Cracovii. W Trabzonie - umówmy się - również miałby spore problemy z regularną grą, a i sądzę, że w tak fizycznej lidze jak Championship nie miałby lekko, a nawet jeśli wywalczyłby plac, nie wiem czy to jest to idealne miejsce do rozwoju. Uważam, że najlepszą ligą dla niego byłaby holenderska, może belgisjka (bo, co pokazuje przykład Wolskiego czy Starzyńskiego, tam też nie jest łatwo), ewentualnie w grę powinny wchodzić słabsze kluby Bundesligi. Tak czy tak, bez regularnej gry nie będzie harmonijnego rozwoju.
***
Teraz parę słów o młodzieżówce, która równo tydzień temu ograła w Tychach reprezentację Niemiec U-21. Zbudowany jestem przede wszystkim frekwencją na tyskim obiekcie. Przyjechali Niemcy, ale jakby nie patrzeć, był to tylko niewiele znaczący sparing zespołów młodzieżowych, a nasi zachodni sąsiedzi - nie licząc Leroya Sane - przyjechali do Polski bez swoich największych gwiazd. Moda na piłkę reprezentacyjną w Polsce trwa. I nic, tylko się cieszyć.


Cieszyć należy się również z postawy naszych reprezentantów, którzy zgodnie z oczekiwaniami odstawali od rywali pod względem technicznym, o tyle organizacja gry i postawa w defensywie, była u nas na bardzo dobrym poziomie. Bilans spotkań w 2016 roku - pięć zwycięstw i jeden remis - również musi robić wrażenie. Nawet jeśli to tylko mecze towarzyskie.


Autorem jedynej bramki w spotkaniu był Dawid Kownacki, który od kilku spotkań znowu może się podobać. Jest znacznie szybszy niż jakiś czas temu, widać, że wreszcie pozbył się zbędnych kilogramów. Zaczął biegać, walczy, coraz lepiej się zastawia i utrzymuje piłkę, choć i tak stoi to u niego na średnim poziomie. Poza tym, gdy puszczał fantastycznego passika otwierając Frankowskiemu drogę do bramki, znowu pokazał ten błysk, element magii. Popisał się zagraniem bardzo podobnym do tego, którym tak ujął nas na wejściu do ekstraklasy. Jednak w wypadku tego chłopaka dalej jest więcej niewiadomych, anieżeli pewników. Jest wciąż młody, a już posiada bardzo duże doświadczenie. Jednak jeśli tak szybko będzie odlatywał i latał z głową w chmurach po jednym czy drugim udanym strzale, nic z tego nie będzie. Oprócz tego, "Kownaś" przede wszystkim musi uporać się z urazami, które co chwilę się go imają.


Rozczarował mnie za to Stępiński, któremu akurat ten mecz nieszczególnie wyszedł. Przegrywał większość pojedynków, nie potrafił się umiejętnie zastawić, przetrzymać piłki dla zespołu. Niemieccy stoperzy, całkiem nieźli zresztą, w większości starć byli górą. Zawsze mi tych elementów u niego brakowało, lecz już pod koniec jego pobytu w Chorzowie, było widać ewidentną poprawę w tym aspekcie. Stępiński zmężniał, wygrywał głowy, utrzymywał się przy futbolówce. Jednak tydzień temu znów zobaczyliśmy starego Mariusza...mam nadzieję, że jednorazowo, bo jednak od niego należy wymagać już czegoś więcej niż samej walki.


 Niektórzy już snują plany, że na ME 2017 dojdą do ekipy Dorny Zieliński, Kapustka, Linetty, może Milik. No z jednej strony - fantastyczne nazwiska, które mogłyby zdominować tę imprezę. Z drugiej jednak strony patrząc, nie będzie ich wcale tak łatwo wkomponować, bo nie zapominajmy, że drużyna to żywy organizm, a eksperymenty w najważniejszym momencie nie zawsze muszą okazać się pomocne. Choć patrząc na powyższe nazwiska, nie sposób stwierdzić, że może się nie udać.
***
Plany na wieczór? Chyba każdy ma dzisiaj takie same. Borussia - Legia. Marzy mi się remis, choć tym razem w głębi duszy trudno mi sobie to wyobrazić. Przede wszystkim chciałbym, aby Legia zagrała tak, by Borussia choć trochę się pomęczyła. Żeby Magiera przygotował zespół tak, by ten przez dziewięćdziesiąt minut grał mądrze, był zdyscyplinowany, na maksa skoncentrowany - bo przecież bez tego nie mamy czego szukać na Signal Iduna Park. Liczymy na kolejny wielki mecz z wspaniałym przeciwnikiem, chociaż zarazem wiemy, że "nic dwa razy się nie zdarza".

17:33, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 września 2016
Time to say goodbye, Hasi

Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu, gdy wszyscy krzyczeli, że Besnika Hasiego należy jak najprędzej zwolnić, byłem odmiennego zdania. Twierdziłem, iż być może Albańczyk potrzebuje trochę więcej czasu, by odcisnąć swoje piętno na zespole. Na pierwszy rzut oka nie podobały mi się jego transfery (bo nikt mi nie powie, że Moulin czy Langil to efekt działań skautingu Legii), ale myślałem sobie: może akurat odpalą, trzeba dać im szansę. Jednak z każdym kolejnym spotkaniem moja wiara w Legię i mało sympatycznego "wizjonera" z Bałkanów gasła. Niedzielny mecz z Niecieczą pokazał, że Legia nawet nie stoi w miejscu, lecz cofa się w zastraszającym tempie. Dzisiejszy mecz z Borussią, nie zważając nawet na sam wynik, całkowicie obnażył Hasiego jako szkoleniowca. I chętnie dołączę się do błagalnej pieśni domagającej się zmiany na miejscu trenera.


Prijović na szpicy, Nikolić na ławce, Guilherme na lewej obronie - Albańczyk ewidentnie zaskoczył składem, lecz nie mam zamiaru krytykować go za poszczególne wybory. Nikolić już w zeszłym sezonie pokazał ile jest wart na arenie europejskiej, Guilherme po lewej stronie defensywy to wariant bardzo ryzykowany, zwłaszcza zważywszy na to, że Brazylijczyk jest zawodnikiem ofensywnym, ale swego czasu grał na tej pozycji i wcale nie spisywał się tak źle, by akurat nad tą decyzją załamywać ręce.


Jednak najgorsze jest to, że Hasi zupełnie nie miał  pomysłu na ten mecz. Piłkarze Legii wyszli na boisko i uprawiali, można by rzec, radosny futbol. Między poszczególnymi zawodnikami były duże odległości. Jeśli legioniści przechodzili do ofensywy, z automatu między drugą linią a obroną powstawała wyrwa, na której zmierzające na Okęcie samoloty śmiało mogłyby sobie zorganizować przedwczesne, spokojne lądowanie.  Ponadto zawodnicy z Warszawy, z racji sowitych wynagrodzeń, które co miesiąc kasują, śmiało mogliby zainwestować w słownik i sprawdzić sobie znaczenie słowa "komunikacja", bo ewidentnie nie mają o tym zielonego pojęcia.
Pierwsza bramka? Gola strzela Mario Goetze, chłopak mierzący zaledwie 174 centymetry wzrostu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że gola strzelił głową ze środka pola karnego. Trzeciego gola warszawianie stracili po stałym fragmencie gry, a strzelec gola - Sokratis - miał na ósmym metrze od bramki tyle miejsca na uderzenie, że śmiało mógłby sobie przyjąć tę piłkę na klatkę piersiową, wypić kawkę i dopiero zebrać się do uderzenia na bramkę. Drugi gol? Malarz odbija piłkę po wolnym, odbija również dobitkę, potem kolejną próbę, ale za czwartym podejściem już nie udaje mu się interweniować. A co robią wówczas zawodnicy Legii? Stoją. I się przyglądają. Można tracić bramki z Borussią, jest to nawet całkowicie zrozumiałe, ale - o zgrozo - w taki sposób?!

Domyślam się, że z Pazdanem wyglądało by to nieco lepiej, wszak Dąbrowski i Czerwiński grali ze sobą po raz pierwszy, ale to nie usprawiedliwia dziesiątek dziecinnych błędów popełnianych przez wspomnianą dwójkę.


Rzucał się w oczy brak agresji ze strony legionistów. Pasywność. Ja rozumiem, że Borussia jest lepsza piłkarsko, ale jednak dla wielu piłkarzy z Polski była to szansa, na jaką pracowali całe życie. Więc jakim, do cholery, cudem, mogli Borussi ustępować nawet pod względem agresji i ambicji? Dochodziło do sytuacji, w której Dembele gubił piłkę po drodze, a i tak udawało mu się przedzierać przez kolejnych zawodników rywali. Przejście z fazy ataku do obrony zajmowało Legii lata świetlne. Zero organizacji, zero pomysłu, zero jakiejkolwiek koncepcji....Mistrz Polski wyglądał jak zbieranina spod bloku, dla których słowo "taktyka" znane jest tylko ze starych, strategicznych gier na PC.


Jaki jest sens dalej ciągnąć "pracę" Hasiego? Trudno, panie Leśnodorski, trener nie wypalił, ale Liga Mistrzów jest, więc i na odprawę bez problemu znajdą się pieniądze. Z nim już chyba gorzej nie będzie, bo i chyba jeszcze czarniej być już nie może, ale czy o to w tym wszystkim chodzi? Czy do Ligi Mistrzów weszliśmy tylko i wyłącznie po to, by boleśnie się skompromitować....?


To jest cholernie smutny wieczór. A ja nie chcę iść spać, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, iż przyśni mi się osiemnastoletni Pulisić wkręcający w ziemię defensorów mistrza Polski. Mam nadzieję, ze dzisiaj zobaczyłem to po raz pierwszy i ostatni.


A, i jeszcze na miejscu Legii wysłałbym do Dortmundu jakiś dziękczynny list. Wypada wyrazić parę słów uznania i szacunku, że jednak nie chcieli do reszty kompromitować warszawian i doprowadzać do sytuacji bez precedensu - dwucyfrówki w Champions League.

23:09, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71
W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez tej - nie oszukujmy się - najpiękniejszej dyscypliny sportowej. Trenuje w Rakowie Częstochowa, oprócz pisania na blogu, publikuję również na PubSport.pl