Futbol i nie tylko okiem nastolatka z Częstochowy
Kategorie: Wszystkie | T - Mobile Ekstraklasa
RSS
sobota, 09 czerwca 2018
Strach o defensywę, polot w ataku - o meczu z Chile słów kilka

Za naszą reprezentacją przedostatni już sprawdzian przed startem Mistrzostw Świata w Rosji. O towarzyskim graniu z Chile można powiedzieć wszystko, lecz na pewno nie to, że nie dostarczyło Adamowi Nawałce odpowiedzi na wiele istotnych pytań. Uczucia mam mieszane. Jak to ostatnio w meczach naszej reprezentacji bywa, były momenty zarówno świetnej gry, jak i fazy, w których prezentowaliśmy się zdecydowanie poniżej możliwości.

Zacznę może od kwestii samego wyniku. Znowu daliśmy sobie wydrzeć dwubramkowe prowadzenie, co w przypadku naszej kadry przechodzi powoli w recydywę. Taką samą przewagę bramkową roztrwoniliśmy już z Koreą, a wcześniej - w trakcie trwania eliminacji - także w starciach z Czarnogórą czy Kazachstanem. To z jednej strony niezwykle niepokojące, lecz akurat w meczach towarzyskich niekoniecznie musi być to związane z rozluźnieniem, brakiem koncentracji tudzież nieumiejętnością "zabicia meczu", lecz po prostu zmianami (mam na myśli korekty zarówno na polu personalnym, jak i te dotyczące ustawienia). Powiem szczerze, że gdy Zieliński strzelał dzisiaj na 2:0, pomyślałem sobie, że możemy swoich rywali roznieść różnicą kilku goli. Straciliśmy dwie bramki, dostaliśmy zimny prysznic, ale pomyślcie: czy na pewno wygrana różnicą kilku trafień dobrze wpłynęłaby na naszą kadrę? Osobiście mam wątpliwości, wszak balonik napompowany zostałby aż do granic możliwości. Sami piłkarze również mogliby poczuć się aż nazbyt pewnie i kto wie, czy 19 czerwca nie usłyszelibyśmy znajomego dla nas huku pękającego balona.

Chile pokazało nam nasze słabsze strony. Szczególnie obawialiśmy się postawy naszej formacji defensywnej pod nieobecność Kamila Glika i niestety - wątpliwości co do gry w tyłach się potwierdziły. Gdy usłyszałem o kontuzji stopera Monaco, nie myślałem o tym, że tracimy gościa, który świetnie gra w powietrzu, ustawia się i czyta grę. Przejmowałem się tym, że nasza defensywa traci lidera. Walczaka, który nawet jeśli miał słabszy dzień, to warczał na kolegów nieprzerwanie, ustawiał wszystkich dookoła, a Pazdan z solidnego ligowca wyrastał przy nim na gracza klasy międzynarodowej. Glik był dowódcą. I o ile zastępujący go Bednarek wypadł bardzo przyzwoicie (choć maczał palce przy pierwszym golu), o tyle Pazdan zagrał już zdecydowanie słabiej. A jako całość - mówimy w dalszym ciągu o postawie w destrukcji - wyglądało to już mizernie. Brakowało gościa, który "trzymałby tyły", pod którego obecność koledzy z obrony rośliby w oczach. I obawiam się, że właśnie dlatego brak Glika może okazać się niezwykle brzemienny w skutkach.

Słabo wyglądał Maciej Rybus. O ile kilka razy efektywnie podłączył się do gry ofensywnej, o tyle w tyłach notorycznie przegrywał pojedynki jeden na jeden. Jeśli Artur Jędrzejczyk rzeczywiście doznał przemiany i nagle jest w świetnej formie, to na miejscu selekcjonera mocno zastanowiłbym się nad wariantem z legionistą w składzie. Artur nie dostał jednak ani minuty, co wskazuje na to, że raczej nie jest brany pod uwagę przy ustalaniu wyjściowej jedenastki na Senegal.

Po czterech sparingach, w których Adam Nawałka stawiał na grę trójką z tyłu, dzisiaj w końcu na pierwszą połowę wyszliśmy naszym sprawdzonym 4-2-3-1. I trzeba przyznać, ze powrót do starej formacji wyszedł nam na dobre. Pojawiały się automatyzmy w grze, zagrania na pamięć. Graliśmy falami: raz lepiej, raz gorzej, ale ilość sytuacji po szybkim rozegraniu piłki mogła napawać optymizmem.

Szalał Kamil Grosicki. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłem jego fanem, ale ma ten chłopak w sobie coś takiego, że jak zakłada koszulkę z orłem na piersi, to rzeczywiście dostaje słynnego "turbo". Włącza mu się tryb absolutnego walczaka, ale zarazem zawodnika, który potrafi błysnąć kreatywnością. Imponował rajdami i jeśli w takiej dyspozycji będzie w Rosji - możemy być spokojni o sytuacje z lewej strony boiska. Warto też wspomnieć o kilku ciekawych kombinacjach "Grosika" z biegającym za jego plecami Rybusem.

W pierwszej połowie imponował także Robert Lewandowski, strzelec fantastycznej pierwszej bramki. Na plac wyszedł niezwykle pewny siebie, naładowany energią i na palcach jednej ręki możemy policzyć straty kapitana. Kreował grę, piłki szukał czasami bardzo głęboko, ale W PIERWSZEJ CZĘŚCI GRY szczególnie zaskakiwał fakt, że wówczas ktoś z przodu na miejscu Lewego się pojawiał.

Parę słów należy się Kubie Błaszczykowskiemu. Miał długą przerwę, umierał z bólu, ale Leszek Dyja i spółka wykonali chyba kawał dobrej roboty. Kuba już nie będzie ciągnął naszej kadry za uszy, nie będzie błyszczał w każdym meczu i notował po dwie asysty na mecz. Ale w takiej formie fizycznej i piłkarskiej jest przede wszystkim gwarantem solidności i jakości na skrzydle. Nie musimy też szczególnie obawiać się o tyły, bo - mimo iż pierwsza bramka padła z jego strony - to na ogół współpraca na linii Kuba - Piszczek przebiega wzorowo. Patrząc na deficyt skrzydłowych w naszej kadrze, Błaszczykowski w takiej formie to skarb na mundialu w Rosji.

W drugiej połowie przeszliśmy do gry z trójką z tyłu i chyba po raz kolejny przekonujemy się, że to jednak nie najlepsze rozwiązanie dla podopiecznych Nawałki. Przestaliśmy grać. Tak naprawdę długimi fragmentami nie było nas na boisku, a chyba najbardziej rzucała się w oczy nieumiejętność wyprowadzenia piłki z obrony do ataku. Ciekaw jestem, czy Nawałka w końcu odpuści pomysł forowania ustawienia 3-5-2, ale wygląda na to, że chyba za punkt honoru postawił sobie nauczenie naszych graczy funkcjonowania we wspomnianej formacji.

Na koniec parę słów na temat jednego z moich ulubieńców. Piotr Zieliński - bo właśnie jego mam na myśli - już od dłuższego czasu uczestniczy w procesie przejmowania "kierownicy" zarówno w Napoli, jak i reprezentacji. Wymaga się od niego rzeczy wielkich, bo i umiejętności ma na poziomie dla większości graczy nieosiągalnym. Jednakże za nami kolejny mecz, który pokazuje, ile w futbolu znaczy głowa. Co z tego, że Zieliński umie grać niezwykle błyskotliwie, skoro dzisiaj po raz kolejny niemal nie stwarzał sytuacji partnerom? Co z tego, że potrafił w jednej akcji efektownie związać dwóch rywali, skoro w następnych pięciu sytuacjach tracił piłkę w sposób banalny? Wszyscy mówią, że to może być mundial Zielińskiego, każdy pompuje chłopaka z Ząbkowic, ale tak naprawdę wciąż czekamy, by Zielu w końcu zaczął dawać coś extra. Dalej wierzę, że Piotrek będzie wspinał się na wyżyny, zawojuje mundial i pójdzie do klubu absolutnie topowego, ale coraz mniej jest w tym wszystkim obiektywnych przesłanek, a moje myślenie staje się coraz bardziej "życzeniowe". Może mecz z Senegalem to będzie jego czas. Oby, bo to już najwyższy czas...

00:26, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 maja 2018
Sezon do zapomnienia

Kampania ekstraklasy dobiegła końca w atmosferze skandalu wywołanego przez kibiców Lecha w Poznaniu. I tak sobie myślę, że było to idealne podsumowanie i zwieńczenie tego smutnego okresu. Nasza liga słaba jest od dawien dawna i nie ma co liczyć na szybką zmianę obecnego stanu rzeczy. Odnoszę jednak wrażenie, że poprzednie sezony potrafiły wywołać więcej szczerego uśmiechu na twarzach kibiców i dostarczyć dawkę pozytywnych emocji. Minione rozgrywki wzbudzały w nas raczej uśmiech politowania. Burdy na trybunach, stadion Cracovii zamknięty na całą rundę, beznadziejna polityka wielu klubów, tabuny bezwartościowych obcokrajowców tudzież wyścig żółwi w walce o mistrza. Dramat. Nawet specjalistom z Canal Plus coraz trudniej opakować produkt zwany ekstraklasą tak, by wzbudzał jakiekolwiek pozytywne emocje.

Mistrz Polski rodził się w bólach tak wielkich, że na przestrzeni trwania rozgrywek szkoleniowca wymieniano tam aż dwukrotnie. Sezon zaczynał będący wówczas na fali Jacek Magiera. Następnie na ławce usiadł "trener na lata", który de facto nigdy nie pełnił funkcji pierwszego trenera. Romeo Jozak, bo o nim tu mowa, wszedł do drużyny z impetem i chęcią wzbudzenia sportowej złości wśród swoich nowych podopiecznych, twierdząc, że "grają jak panienki". Z Łazienkowskiej pogoniono go jednak jeszcze w trakcie trwania rundy mistrzowskiej. Kampanię dokończył jego asystent, Dean Klafurić, zdobywając dublet. O tym jak burzliwy był to jednak sezon dla klubu z Łazienkowskiej i jak niewiele tak naprawdę trzeba, by wygrać tę ligę, najlepiej świadczy fakt, iż Legia doznała aż jedenastu porażek. Dla porównania, we Francji, Anglii, Hiszpanii i Włoszech, gdzie zespoły rozgrywają o mecz więcej niż w naszej przaśnej lidze, mistrzowie przegrywali odpowiednio: 3 razy (PSG), 2 razy (Manchester City), 1 raz (Barcelona) i dwa razy (Juventus). Legia króluje, ale król jest nagi i słaby, a sezon kończy z myślą, że budowa zespołu zaraz znowu zacznie się niemal od zera. A kibice, mimo iż Dean Klafurić świetnie sprawdził się w roli strażaka, prędzej postawiliby na to, iż od lipca na stanowisku zawita nowa miotła niż na ewentualną decyzję o postawieniu na Chorwata.

Uważam, że jednym z większych problemów polskich klubów są chaotyczne poczynania na rynku transferowym. Tyczy się to większości zespołów najwyższej klasy rozgrywkowej, a za przykład podam tutaj politykę poznańskiego Lecha. Latem działacze przyjęli do klubowej kasy potężny zastrzyk gotówki poprzez sprzedaż Tomasza Kędziory i Dawida Kownackiego. I o ile podoba mi się podejście władz Kolejorza do piłkarskiego wychowywania młodzieży, , o tyle kolejne okienka transferowe pokazują, że przy Bułgarskiej ktoś wyraźnie nie zna się na futbolu. Na przestrzeni całego sezonu Kolejorz pozyskał aż dwunastu piłkarzy, z czego sprawdziło się góra czterech. Na taką liczbę graczy mogą trafić się dwa, trzy niewypały, ale sytuacją niedopuszczalną jest, by nie sprawdziły się dwie trzecie. Uważam też, że ściąganie piłkarzy na potęgę i kontraktowanie gracza za graczem jest dla drużyny kompletnie zgubne. Kibice cieszą się z kolejnych nowych nazwisk, a tak naprawdę czasu, by zgraja gości z różnych krajów funkcjonowała odpowiednio w zespole na boisku i poza nim, potrzeba bardzo wiele. Odejścia jednego dobrego piłkarza nie zrekompensuje ściągnięcie ośmiu wynalazków wątpliwej jakości. A nawet jeśli nabytki wykazują oznaki potencjału, to by wszystko zaczęło się odpowiednio zazębiać, potrzeba często wielu miesięcy.

Dlatego też o ile zimowe ruchy warszawskiej Legii wydawały się dość ciekawe, o tyle liczba ściągniętych graczy była już znacznie bardziej niepokojąca. I choć myślę, że większość piłkarzy wytransferowanych na Łazienkowską ma papiery na granie, to równocześnie trzeba pamiętać, że w futbolu "więcej" nie zawsze znaczy "lepiej". Chyba, że prezesi poszczególnych klubów działają na zasadzie gry w Football Managera.

Wracając jednak do poznańskiego Lecha i jego transferów... Aż pięciu zawodników zostało pozyskanych na zasadzie wypożyczenia. Zaledwie dwóch z nich nie osiągnęło jeszcze dwudziestego trzeciego roku życia. Gdzie tu więc myśl o przyszłości i budowie zespołu, skoro w Polsce często ograniczamy się jedynie do wypożyczeń na zasadzie "a nuż, jakimś cudem, się uda"?

Boli fakt, że takie zespoły jak wspomniane Lech czy Legia, ale też Lechia Gdańsk - zespoły finansowo gotowe, by co roku rywalizować w fazie grupowej Ligi Europy - tak marnotrawią swój potencjał. Polskimi klubami w wielu przypadkach rządzą ludzie, którzy o piłce nie mają większego pojęcia.

***

Pamiętacie Meliksona? Ljuboję? Stilicia czy Radovicia za swoich najlepszych lat? Obecnie w lidze brakuje postaci nietuzinkowych, dla których przychodziłoby się na stadion. Błyszczał Carlitos, który kompletnie odbił się od wyższych lig na Półwyspie Iberyjskim, czasami "magic touch" zaprezentował Jevtić (choć w rundzie mistrzowskiej kompletnie zawiódł). Ale nie widzę gościa, którego plakat mały Wojtek powiesiłby nad łóżkiem, założył jego koszulkę i poleciał na podwórko naśladować jego zagrania.

***

- No dobra, ogółem było tragicznie, ale przecież aspekty pozytywne też można znaleźć - powiecie.

No i owszem, piękną historię napisał Górnik Zabrze, na którego mecze zdarzało mi się jeździć z ogromną przyjemnością. Jak na polskie warunki, mamy do czynienia z projektem absolutnie unikatowym. Nie pamiętam rodzimego klubu, który tak otwarcie postawiłby na młodzież. Wprowadz do gry totalnych zółtodziobów, którzy na poziom ekstraklasy potrafili przenieść się prosto ze Śląskiej Ligi Juniorów Starszych (jak było w przypadku Gryszkiewicza). Hajda, Liszka, Żurkowski...można wymieniać dalej, trudno zrobić to jednym tchem, a najlepszym dowodem na to, że warto postawić na własnych chłopaków jest fakt, iż klub z Zabrza zakwalifikował się do europejskich pucharów.

Plusiki stawiamy przy Wiśle Płock, oczywiście Jagiellonii. Także wyjątkowo przy prezesie Filipiaku, który w końcu na poważnie zaufał trenerowi.

Za absolutne objawienie sezonu uważam Szymona Żurkowskiego. Chłopaka, który ma absolutnie wszystko, by kiedyś „śmigać” na topowym poziomie. Jest techniczny, nie ma problemu z posłaniem prostopadłej piłki między obrońców, nie boi się dłuższych podań. Patrząc na jego nikłe doświadczenie, można nabrać podejrzeń, że choć z techniką na bakier nie jest - to pewnie fizycznie nie zawsze dojeżdża. Tymczasem to chłopak o niesamowitej wydolności połączonej z szybkością. Rzadko zdarza się ktoś o takim zestawie cech...i szkoda byłoby zmarnować tego typu perełkę.

***

Zakończyliśmy pozytywnie...i niech tak zostanie. Moją ocenę już znacie.

22:48, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2018
Wyblakły klasyk

Byłem wielkim fanem Borussi prowadzonej przez Jurgena Kloppa, grającej futbol niezwykle bezpośredni i błyskotliwy, zbudowanej za niewielkie pieniądze. W składzie BVB były jednak perełki, którymi zachwycał się cały świat. Dla mnie i myślę, że dla wielu ludzi na całym globie, meczem roku nie były Derby Anglii czy nawet El Clasico. Czekałem na Der Klassiker. Spotkanie Borussi z Bayernem. Mecz, w którym od momentu pojawienia się na Signal Iduna Park Jurgena Kloppa, zawsze grano o pełną pulę. Widowisko, w którym nie brakowało ani jakości, ani wielkich emocji. Wczorajsze starcie na Allianz Arena pokazało ogromną dysproporcję pomiędzy oboma zespołami. Drogi, którymi podążają dwie najlepsze w ostatnich latach drużyny w Niemczech, gwałtownie się rozjechały. Bayern trzyma kurs, Borussia gwałtownie wyhamowała. I mimo posiadania dobrych środków finansowych, perspektywicznej kadry i rzeszy fanów, wydaje się, że musi upłynąć dużo wody w Renie, zanim ponownie ruszy ostro z kopyta. Piątka do przerwy i jeszcze jedno trafienie w drugiej części ze strony mistrza Niemiec, nie pozostawiają złudzeń.


Mecz od początku był demonstracją siły Bayernu. Od pierwszych minut doskonale współpracowała para Lewandowski - Mueller. Swoją drogą, jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że czas tego drugiego już powoli przemija. Gdy Thomas rozczarował na Euro, byłem pewny, że to tylko chwilowy kryzys. Ot, wielka impreza, na którą akurat nie trafił z formą. Zdarza się. Jednak sezon po Mistrzostwach pokazał, że motor napędowy Bayernu to już nie ten gość, który z bezczelnym uśmiechem na ustach znajdował się w polu karnym i strzelał gole "z niczego". To już nie był zawodnik, który w duecie z Lewandowskim rozmontowywał każdą defensywę w Bundeslidze. Ancelotti i system 4-3-3 trochę go zabiły, Niemiec coraz częściej siadał na ławce. Wystarczyło jednak, by stery w Monachium ponownie objął Yupp Heynckess, a gwiazda Muellera znów rozbłysła. Wczoraj imponował. Doskonale rozumiał się z polskim snajperem i Jamesem Rodriguezem, jego wpływ na grę był nieoceniony.


W zasadzie o każdym zawodniku spośród tych biegających wczoraj w czerwonych koszulkach, można wypowiadać się w samych superlatywach. Lewandowski? Trzy bramki, wiele wygranych pojedynków zarówno z Sokratisem, jak i z Akanijim. James? Opanował środek pola, imponował wizją, a do tego dołożył konkretne liczby. Ribery? Pełna swoboda na skrzydle, kolejne wygrane dryblingi, bramka....czego chcieć więcej?  


Bayern robił z rywalami co tylko chciał, choć trzeba przyznać, że był przy tym zabójczo skuteczny. Borussia, z racji swojego - bądź co bądź - niezłego potencjału ofensywnego, nie chciała ograniczać się jedynie do defensywy. Piszczek i Schmelzer co rusz decydowali się na odważne, ofensywne wejścia, lecz gracze z Monachium potrafili to skrzętnie wykorzystać. Trzeba przyznać, że Heynckess potrafił doskonale wyważyć środek pola, stawiając na dominującego w grze defensywnej, lubującego się w kolejnych odbiorach piłki Javiego Martineza i niezwykle kreatywnego Jamesa.


Najlepszym przymiotnikiem opisującym postawę podopiecznym Stogera jest chyba "bezpłciowa". Były momenty, gdy Bayern dawał rywalom pograć, na chwilę oddawał futbolówkę. Jednak Borussia, której jedenastka jest przecież pełna graczy z pozoru kreatywnych, technicznych, z piłką przy nodze męczyła się jeszcze bardziej niż bez niej. Gościom kompletnie brakowało pomysłu na rozegranie akcji, a jeśli jeden z graczy już na coś wpadł, zawodziła jakość. Najlepszym podsumowaniem ich gry było zagranie Andre Schurrle z 39 minuty, kiedy rozprowadzając szybką kontrę, próbował przerzucić piłkę "fałszem" na drugą stronę. Piłka poszybowała jednak w stronę odwrotną od kierunku biegu Borussen i trafiła na trybuny.


Kibiców BVB z pewnością najbardziej mierził fakt, iż kolejne tracone gole ich piłkarze przyjmowali z pokorą, można by nawet powiedzieć, z wyrazami szacunku dla mistrza Niemiec. Nie było u nich widać sportowej złości, agresji i niewyczerpanych pokładów ambicji. Tylko bezradność malowała się na ich smutnych, zrezygnowanych facjatach.


Wydaje mi się, że to jest właśnie największy problem graczy z Dortmundu. Pełno wśród nich piłkarzy z potencjałem, niezłymi umiejętnościami technicznymi, ale próżno szukać tam typów z charakterem. Pulisić miewa momenty niesamowite, sam jeszcze niedawno twierdziłem, że kiedyś zdobędzie Złotą Piłkę. Schurrle od wielkiego dzwona także potrafi błysnąć. Każdy wie, że Dahoud, Castro, Kagawa czy Weigl mają umiejętności. Ale nie ma tam piłkarza, który byłby w stanie wziąć na swoje barki cały zespół. Brakuje zawodników, którym ambicja nie pozwala na pokorne przyjmowanie kolejnych bramek od przeciwnika.


Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Stoger zostaje na kolejny sezon. Został rzucony na niezwykle głęboką wodę, dostał do prowadzenia ekipę pogrążoną w lekkim kryzysie, grającą poniżej oczekiwań. Jednak cały okres jego pracy w Dortmundzie pokazuje, że były szkoleniowiec FC Koeln nie ma w głowie pomysłu na budowanie zespołu, rzuca mi się w oczy także nieumiejętność skutecznego reagowania na boiskowe wydarzenia. Szybkie odpadnięcie z rozgrywek Ligi Europejskiej jest kolejnym kamykiem do jego ogródka. I niewiele zmieni chyba ewentualne wejście do Ligi Mistrzów.


Niestety, zmiana trenera w Dortmundzie będzie tylko kroczkiem w odbudowie wielkiego zespołu. Moim zdaniem, nie obędzie się bez lekkiego wietrzenia szatni i wymiany kilku ważnych zawodników. Czas, by do umiejętności, dołożyć także odrobinę charakteru i jakiegokolwiek pomysłu na wspólne funkcjonowanie. Wtedy może skończą się wymęczone zwycięstwa z przeciętniakami, mniej będzie wieczorów takich jak wczoraj, a Borussia znów zacznie zachwycać. Na razie słynny Der Klassiker klasykiem jest tylko z nazwy, a Bayern pozostaje jedynym zespołem w Niemczech zdolnym walczyć o największe europejskie trofea.

 

bvb

16:09, danielflak1999
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 listopada 2017
Subiektywnie o minionym tygodniu (2)

Waszym oczom ukazuje się subiektywne podsumowanie minionego tygodnia. Nie spodziewajcie się suchych faktów. Będzie to raczej luźny komentarz do niektórych wydarzeń z upływających siedmiu dni.

Bartek Kapustka w końcu zagrał w podstawowej jedenastce Freiburga. Niezmiernie ucieszył mnie ten fakt, ponieważ mówimy o jednym z największych polskich talentów ostatnich lat. Zanim wyemigrował na Wyspy, by tam wzbogacić portfel i zatracić formę, imponował nie tylko niezłą techniką i preczyzyjnym strzałem. Miał w sobie coś więcej. Ikrę, błysk, a to charakteryzuje kandydatów na piłkarzy naprawdę klasowych, wyrastających ponad przeciętność, wybijających się z tłumu innych wyrobników. Zawsze podobała mi się jego zadziorność, nigdy nie odpuszczał i potrafił dobrze chronić piłkę.


Dlatego też podwójnie bolał mnie sposób, w jaki nasz bohater poprowadził swoją karierę. Leicester był skokiem na zdecydowanie zbyt głęboką wodę. Freiburg, średniak niemieckiej Bundesligi, wydawał mi się niezłym klubem na odbudowanie i zaistnienie w poważnej piłce, lecz - jak wiemy - rzeczywistość początkowo okazała się nieco brutalna. Fajnie, że po kilku miesiącach siedzenia na ławce, Kapustka w końcu dostał szansę. I, co najważniejsze, wykorzystał ją w stu procetnach. Może nie brylował na tyle, by po jednym spotkaniu wieszczyć mu rychłe przenosiny do monachijskiego Bayernu, ale jego występ śmiało można uznać za udany powrót do świata żywych.


Początkowo partnerzy ewidentnie unikali zagrań do Kapustki, szukając innych rozwiązań. Polak, choć od początku sprawiał niezłe wrażenie, nie wyglądał na gościa napakowanego pewnością siebie. Strzelił jednak pięknie w poprzeczkę, po czym ewidentnie nabrał wigoru. Nie bał się wchodzić jeden na jeden, od czasu do czasu zagrał ryzykownie - ale zwykle skutecznie. Mógł zaliczyć dwie asysty, ale jego dograń nie wykorzystał Nils Petersen, który tego dnia zachowywał się niezwykle nieporadnie. Co jednak jeszcze istotniejsze, były piłkarz Cracovii nieźle pokazał się także ze strony gry w destrukcji, o co przecież tak bardzo zalegał Streich. Niestety, jeden jedyny raz spóźnił się do Caligiuriego. Miał pecha. Padł gol.


Jednak w barwach gości sobotniego spotkania sprawiał najlepsze wrażenie. Strasznie, muszę przyznać, drętwi ci gracze Freibruga...patrząc na rywali Bartka i ich poziom sportowy nie sposób nie odnieść wrażenia, że "Kapi" ma potencjał, by być od nich jakieś siedem razy lepszy. Lecz przecież chodzi tutaj przede wszystkim o regularność i powtarzalność. Szansa przyjdzie na pewno, jestem niemal przekonany, że już w najbliższym spotkaniu. Jednak - jak to mawiał mój były trener - "cały wic polega na tym", by Kapustka zagrał przynajmniej na takim poziomie, jaki prezentował w meczu z Schalke. A wtedy o kolejne występy zbliżające go do występu w Rosji i kierujące jego karierę na odpowiednie tory, będzie znacznie łatwiej niż dotychczas.

***

Korona Lettieriego w tylnej części ciała ma wszelkie przedsezonowe prognozy i pieniądze bukmacherów, jadąc z kolejnymi rywalami jak z furą gnoju. Po maskarze w Gdańsku, kryska przyszła też na Matyska i spółkę. Śląsk, niedawno tak przecież wychwalany, nie miał nic do powiedzenia w starciu z armią Złocisto - Krwistych. Każdy krytykował nowego szkoleniowca Korony, śmiał się - że tak to ujmę - z "afery klapkowej", a on po prostu chciał zostawić sobie tych, którzy będą w stanie się podporządkować. Bo wiemy, jak to w piłce jest. Jeśli w życiu nie jesteś punktualny, i na boisku będziesz się spóźniał. A jeśli nie potrafisz słuchać poleceń trenera dotyczących kwestii organizacyjnych, to i potem głęboko w nosie będziesz miał wskazówki dotyczące taktyki. Szkoleniowiec ma swoje zasady, a w naszym smiesznym kraju śmiechy chichy i pytania: z czego on robi problem, ten wielki trenerzyna z Regionalligi?


Już nikt nie płacze po Palance. Błyszczy Kaczarawa, nieźle prezentują się Soriano i Cvijanović. Rymaniak grywa tak, jakby przypomniał sobie czasy, gdy dostawał szansę w reprezentacji, a Możdżeń w końcu pokazuje znamiona dużego talentu. Szkoda, że Żubrowski nie jest jakieś pięć lat młodszy, bo gdyby nie fakt, że ma za sobą już dwadzieścia pięć wiosen, to myślę, że kielczanie mogliby nieźle na nim zarobić.


Ale spokojnie, nie miejcie mnie za idiotę. Nie wszystko co dzieje się w polskiej "stolicy mody" (i pustych trybun) jest takie kolorowe. Niestety, oprócz kilku trafionych nazwisk, ściągnięto też zgraję kopaczy "po znajomościach" typu Burdenski czy Gardawski...I to akrat świadczy o poważnej chorobie tego klubu. I polskiej piłki.

***

Było o Koronie, to może też parę słów o ich przeciwnikach. Będzie krótko. Nie zamierzam rozwodzić się nad wiekiem poszczególnych graczy zespołu z Dolnego Śląska i związanych z nim brakiem perspektyw na kolejne lata. Myślę jednak, że parę słów należy się trenerowi Urabanowi. Choć wydaje mi się, że były szkoleniowiec min. warszawskiej Legii jest przesympatycznym i równym gościem, to niestety niesposób nie wyciągnąć kilku negatywnych wniosków z jego dotychczasowej kariery. Ba, powiem więcej, tych złych wydarzeń w przygodzie Urbana z trenerką jest znacznie więcej niż tych pozytywnych.

- Ale miało być krótko!

No tak, zapomniałem się...Nie widziałem jeszcze, aby jakikolwiek zespół prowadzony przez Urbana prezentował choćby zalążki wypracowanego stylu gry. Nie dostrzegłem też, by którykolwiek osiągał satysfakcjonujące wyniki w dłuższej perspektywie, gdy juz nie można było jechać jedynie na dobrej atmosferze. Dla mnie Urban się sprawdza, ale tylko jako ratownik. Na dłuższą metę nie gwarantuje jakości. Kropka.

***

Bayern bez problemu rozprawił sie z Borussią i pokazał, że u nich chyba już wszystko wraca do normy. Heynckess przyszedł i posprzątał, choć sama gra nadal nie spełnia oczekiwań fanów z Allianz Areny.

 Lewandowski strzelił oczywiście swoją jedenastą ligową bramkę w sezonie, ale na spokojnie mógłby dołożyć jeszcze ze dwie. Nie wiem z czego to wynika, ale Robert od kilku tygodni, choć nie gra wcale wyjątkowo źle, jest nieco pod formą. Odpoczął w tygodniu, siedem dni wcześniej z Lipskiem zaliczył jedynie 45 minut, więc myślałem, że na Dortmund wyjdzie najlepiej naoliwiona i sprawna wersja naszej maszyny. Polak jednak wydawał się nieco zagubiony w sytuacjach, które zwykł wykorzystywać z zimną krwią. Zapewne to chwilowy dołek, lecz nieco martwi fakt, iż Robert tak bardzo narzeka na zmęczenie. To z jednej strony normalne, wbrew temu co napisałem kilka linijek wyżej, to dalej tylko i wyłącznie człowiek - nie robot. Lecz mając w pamięci myśl o zbliżających się Mistrzostwach Świata, musimy mieć nadzieję, że w Monachium będą na niego chuchać i dmuchać.

A jak już jesteśmy przy "Der Klassiker", to możecie uznać mnie za zbyt śmiałego w swoich opiniach, ale nic na to nie poradzę i podaję trzy słowa-klucze: Pulisić, 2020, Złota Piłka. Róbcie screnny.  

 

PULI
 

00:04, danielflak1999
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 września 2017
Wracamy na ziemię

Witamy z powrotem na ziemi, Polacy. Spotkanie z Danią w Kopenhadze zapewniło nam powrót do starych koszmarów. Po nieudanych młodzieżowych mistrzostwach Europy, pucharowej degrenoladzie naszych klubów, nawet pierwsza reprezentacja nie potrafiła choć odrobinę osłodzić nam tych gorzkich miesięcy.


Tak grającej kadry (choć słowo "grającej" zostało użyte nieco na wyrost) nie pamiętam od tragicznych eliminacji do mundialu w RPA. Spodziewałem się, że na Parken czeka nas trudne spotkanie, remis brałbym w ciemno, ale chyba nikt nie brał pod uwagę porażki różnicą czterech bramek. A już na pewno nie znaleźliby się śmiałkowie, którzy uwierzyliby, że w takim wyniku nie ma grama przypadku. 
Duńczycy wyszli na to spotkanie niezwykle naładowani. Biegali, szarpali, stale pokazywali się do gry, nie bojąc się pojedynków jeden na jednego. Gdy zachodziła potrzeba, grali faulem. Agresywnie. Doskakiwali bardzo wysokim pressingiem, czego efektem były ogromne problemy naszej kadry w sferze wyprowadzenia piłki. Jedna z bramek padła zresztą wskutek fatalnego podania Kamila Glika, po bardzo agresywnym doskoczeniu do stopera Monaco przez Christiana Eriksena.


Byliśmy słabsi w każdym elemencie. Duńczycy imponowali grą w kompakcie, byli kapitalnie zorganizowani, blisko siebie, zawężali, doskakiwali kilkoma piłkarzami, a my nie mieliśmy pojęcia, co z owym fantem zrobić. Nie potrafiliśmy zmienić strony. Tercet Deleaney - Kvist - Eriksen kompletnie zdominował środek pola.


Każdy z podopiecznych Age Heraide był dzisiaj napakowany pewnością siebie. Świetnie grał Joergensem, z którym - dopóki przebywał na boisku - nie radził sobie nawet Łukasz Piszczek. Cornelius - PRZEKOT, kapitalnie grał tyłem do bramki, a Pazdan, który w zamyśle miał go schować do szafy, zaprezentował się tak, jakby sam do tej szafy wszedł i nie miał ochoty wychylać z niej głowy. Sisto szarpał, udanie dryblował i strzelał. No i wreszcie słowo o strzelcu najpiękniejszej, czwartej bramki. Christian Eriksen, bo o nim tu mowa, pokazał nam dobitnie, na jakiej podstawie wielu ludzi uważa go za jedną z lepszych "dziesiątek" na świecie. Narzucał tempo gry, imponował kreatywnością, miał taki pozytywny luz, który cechuje najwybitniejszych. Z naszej strony jego vis a vis był Zielińśki. A właściwie to miał nim być, bo momentami nie pokazywał nic. Jak już przyjmował piłkę nie był w stanie wymyślić niczego konstruktywnego. Spróbował pociągnąć indywidualnie w poprzek boiska - strata. Rzucił, wydawać by się mogło, bardzo prostą, górną piłkę do Grosika - aut. Chciał zagrać szybciej z Lewandowskim - niedokładne podanie. Pomocnik Napoli znalazł się dzisiaj na karuzeli błędów i fatalnych decyzji. Oby tylko szybko ją opuścił, bo posiada ogromne umiejętności i trzeba od niego wymagać. Dzisiaj fizycznie silni Duńczycy zjedli go na śniadanie, a nam przypomniał się jego mecz z Ukrainą na Euro.


Najbardziej boli mnie jednak fakt, że nasi piłkarze grali trochę tak, jakby im się nie chciało. Zabrakło walki, zaangażowania. Nikt, nawet Lewandowski, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności na swoje barki. Brakło pozytywnego sygnału od któregoś z piłkarzy. Impulsu. Widzę tutaj analogie z naszymi siatkarzami przegrywającymi ze Słowenią. W Ergo Arenie już w trakcie drugiego seta podopieczni De Giorgiego grali tak, jakby byli pogodzeni z porażką. Dzisiaj, w Kopenhadze, pogodzeni byliśmy chyba jeszcze przed przerwą. Pal licho, że nie szło nam z piłką, brakowało pomysłu...okej, ale wtedy - jak tak bardzo nie idzie - należy dać z wątroby jeszcze więcej. A obawiam się, że wspomniany narząd nie był przez naszych piłkarzy choć w najmniejszym stopniu obciążony.


Zabrakło - moim zdaniem - także szybszej reakcji z ławki. Grając tak fatalnie, dlaczego Adam Nawałka czekał z wprowadzeniem Milika aż do 60 minuty, a będącego w gazie Makuszewskiego wypuścił na plac jeszcze później? Przecież to było widać, że pierwsza jedenastka nie daje nam dzisiaj minimum perspektyw na odwrócenie losów meczu. Inna sprawa, że wejście wspomnianej dwójki nie odmieniło naszej gry, lecz na pewno najlepszą reakcją nie jest brak reakcji, przy całym szacunku dla osiągnięć trenera Nawałki.
Osobny akapit należy też poświęcić osobie Roberta Lewandowskiego. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś naszego napastnika tak skutecznie zamknął w klatce i odciął od gry (a oglądam, żeby nie skłamać, jakieś 95 procent jego meczów). Był kopany, ale co gorsza - przegrywał pojedynki, rzadko dochodził do piłki. Zwykle, gdy rywale aż tak bardzo się na niego upierali, potrafił wywalczyć wolnego, przytrzymać choć przez chwilę tę piłkę. Dzisiaj tego brakło. Zaskakuje też fakt, że dzisiaj to nie był Lewy głodny zwycięstwa, z pianą na ustach. To był gość bez wiary, jak inni. Odcięty od podań, kompletnie zrezygnowany.


Cała trójka z Legii, o której formę tak niesamowicie drżeliśmy, pokazała całkowitą słuszność naszych obaw. Niektórzy twierdzili, że przecież oni często przeciętnie prezentują się w klubie, a przyjeżdżają na kadrę, są otoczeni przez innych piłkarzy i wskakują - jak to było w reklamie z Leo Messim - na jakiś zupełnie inny poziom. Jednak pewnych faktów nie da się oszukać, jeśli Jędrzejczyk czy Pazdan są fatalni na tle Górnika Zabrze, nie nakryją nagle czapką Christiana Eriksena.


Zwykle, jeśli piszę o kadrze, to staram się większość zawodników ocenić, napisać coś więcej o ich grze. Dziś nie ma to większego sensu. Nic nie funkcjonowało na odpowiednim poziomie, wszyscy zagrali niezwykle słabo. Jednak szczerze mówiąc, wydaje mi się, że był to jedynie wypadek przy pracy i przede wszystkim lekcja pokory. Dostaliśmy gong, który - tak sobie myślę - sprawi, że na nowo się obudzimy. Z Kazachstanem przydałoby się gładkie zwycięstwo, wysokie, na sportowej złości, a wtedy wszystko powinno wrócić na odpowiednie tory. Bo nie sądzę, by tak nagle mogło dojść do zepsucia mechanizmu maszyny zbudowanej przez architekta Nawłkę...

11:45, danielflak1999
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 72
W piłce nożnej zakochałem się w 2006 roku podczas mundialu w Niemczech. Od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez tej - nie oszukujmy się - najpiękniejszej dyscypliny sportowej. Trenuje w Rakowie Częstochowa, oprócz pisania na blogu, publikuję również na PubSport.pl